Wianki i przemyślenia.

Wianki. Coroczna impreza nad Wisłą i nie tylko, która kojarzy się z dobrą muzyką, masą ludzi, świecącymi akcesoriami na ludzkich głowach i pokazem fajerwerków na sam koniec. Wiele lat temu, głównym celem podczas takiego wypadu na miasto w czerwcu, było znaleźć sobie dobre miejsce, otworzyć butelkę pepsi, w której w proporcjach 50-50 oprócz pepsi znajdował się alkohol i po prostu odprężyć się, delikatnie odpłynąć i czekać na pokaz sztucznych ogni. Nie pamiętam kiedy był pierwszy z takich wypadów, ale z tego co pamiętam, nie byłem wtedy pełnoletni. Siadało się więc bardzo daleko od tłumów i nikomu nie zależało, żeby widzieć artystę na scenie. Sam klimat wypadu nad Wisłę nocą, w towarzystwie znajomych (i nieznajomych) to było już wystarczające. Oczywiście zawsze pojawiał się problem, kiedy wszystko się kończyło. Taksówki nie szło zamówić, a autobusy były pełne ludzi poprzyklejanych twarzami i kończynami do szyb, chociaż niektórzy dalej próbowali się wciskać. No bo może się uda, a człowiek który próbował się wcisnąć przed chwilą, po prostu ma za mało siły przebicia. Wianki kończyły się więc pielgrzymką do domu, a z racji, że każdy z nas był znieczulony, to nikt nie widział w tym problemu. Takie o spędzanie czasu ze znajomymi. Kilka wypadów później, coraz częściej chodziło się na same fajerwerki tak naprawdę, bo koncertów albo nie było, albo muzyka nie należała za bardzo do naszego klimatu. A sztuczne ognie zawsze warto zobaczyć, szczególnie tak świetny pokaz jak co roku na wiankach.

Wczoraj odbyła się kolejna edycja i mimo koncertu OSTR na scenie na rynku i koncertu Brodki na scenie na Powiślu, jakoś odpuściliśmy i skupiliśmy się na piwku i samych fajerwerkach. Pokaz był wspaniały. 13 minut kolorów, wybuchów, rozprysków, fontan i wielu rzeczy, które mógłbym mówić, a nawet nie naruszyłbym zajebistości jakimi są takie pokazy. Po prostu trzeba to zobaczyć na żywo, bo nawet film, snap czy nagrywka na instastory nie odda nawet w małym ułamku tego co się odczuwa w rzeczywistości.

Dodatkowo dowiedziałem się wreszcie wczoraj od koleżanki, jaka jest historia tych obchodów. No bo skądś się to wzięło. Taka wieloletnia tradycja.

Wiła wianki i puszczała je do falującej wody…

Okazuje się, że właśnie w czerwcu w Noc Świętojańską, wolne dziewczyny (panny) puszczały własnoręcznie wykonane wianki na rzekę i w zależności co się z tym wiankiem stało, pannę czekała miłość, lub staropanieństwo, lub też w przypadku kiedy wianek się zniszczył po drodze, lub wypaliła świeczka, utratę miłości. W tych czasach mało kto już puszcza wianki w celu wywróżenia sobie przyszłości. Została tylko tradycja, a nawet same wianki często są splotem kabli, ledów i sztucznych kwiatów, które mają być tylko ozdobą na ten konkretny dzień. Dobra szansa na zarobek.

Po wiankach, po przebiciu przez tą wielką pielgrzymkę ludzi spieszących się, żeby zająć ostatnie wolne miejsca w autobusach, trafiliśmy na Bracką.

Trafiliśmy do Cafe Kratka, gdzie nigdy wcześniej nie byłem, a okazuje się, że będę tam pewnie często. Przyjemny klimat, dobra muzyka (The Black Keys FTW!), przyjazne ceny, miły barman. Usiedliśmy i podumaliśmy. Nad życiem, nad ludźmi, nad związkami, nad sensem wszystkiego i polską służbą zdrowia. Doszliśmy do wniosku – przerąbane to życie, ludzie, związki i służba zdrowia.

A sens? Sens gdzieś tam jest 😉

Szczęścia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *