Sonic Forces – recenzja

Wiecie jak to jest, kiedy wszystko układa się dobrze, żyjecie sobie miło i przyjemnie, ale nagle przybywa wasz najgorszy wróg i planuje przejąć cały świat? Ja też nie. Ale tak zaczyna się właśnie najnowsza odsłona serii z niebieskim jeżem w roli głównej.

Sonic Forces to świeży tytuł serii, która swoje początki miała za czasów konsol do gier firmy Sega i można było ja znaleźć na czarnych kartridżach pasujących kolorystycznie do konsoli. Taki NES, tylko taki trochę bardziej nie. Pamiętam czasy kiedy takie konsole można było znaleźć w wypożyczalniach kaset VHS i za oplata można było sobie ja przywłaszczyć na 24h. Piękne czasy.

Pierwsze odsłony Sonica ukazywały to w świecie 2D. Biegalismy lewo-prawo, skakalismy i spadaliśmy, ewentualnie nurkowaliśmy. W kolejnych był wprowadzony motyw 3D, gdzie między rundami lądowaliśmy w tunelu, w którym biegliśmy przed siebie zbierając pierścienie i unikając bomb. Po kilku latach na konsole i PC wyszła gra Sonic Heroes. Tam mając do dyspozycji kilka drużyn postaci, przechodzilismy kolejne poziomy, aby na końcu dać popalić po raz kolejny szalonemu naukowcowi znanemu jako Dr Eggman (ewentualnie Dr Robotnik). Każda drużyna opierała się na dokladnie takim samym podziale ról: jedną szybka postać, jedna silna i jedna latająca. Całkiem przyjemna gra, no i w 100% 3D.

O kur…

W kolejnych latach ukazały się kolejne odsłony serii, takie jak Sonic Unleashed, w którym nasz bohater pod przemienia się pod osłoną nocy w „Jeżołaka” (absurdalne i nie pasujące w ogóle moim zdaniem), oraz Sonic Generations, w którym możemy zobaczyć dwa typy Sonica – nowoczesnego trójwymiarowego i Sonica old shoolowego w wersji 2D. Całkiem spoko.

Przy najnowszej odsłonie twórcy poszli na bogato. W Sonic Forces znajdziemy wszystkie tryby, znane z poprzednich odsłon, może oprócz przemiany w jeżozwierza (THANK YOU GOD). Mamy oczywiście Sonica, który niestety przegrywa walkę z nowym tworem złego doktora (kolejny dobry dzień dla naukowca) i zostaje uwięziony. Na ratunek rusza jakiś małolat ocalały z kataklizmu (my), oraz dwuwymiarowy Sonic, który przybył z innego wymiaru. Oczywiście towarzyszy i kibicuje cała banda znana że świata Sonica.

Jadę Ci wpierdolić.

Zaczynamy od stworzenia naszego bohatera. Możemy wybrać czy chcemy grać jeżem, psem, wilkiem, kotem, lub jeszcze czymś innym. Wybieramy mu nakrycie głowy, kombinezon, okulary, rękawice, buty i akcesoria, które zresztą później zdobywamy wygrywając kolejne misje. Postaciami gramy na przemian, raz nasza, raz jednym z Soniców, raz drużynowo. Wszystko to jest przerywane animacjami, które kierują fabułą. Wszystko to przypomina spójną całość jak pewnego rodzaju film interaktywny. Jest tylko jeden problem, bowiem ta produkcja…

… jest niewyobrażalnie krótka. Zakupiłem gierkę w czwartek. W ten sam dzień grałem dosłownie godzinę. W piątek po pracy zagrałem kolejne dwie. W sobotę po trzech kolejnych godzinach dostałem napisy końcowe.

Sześć godzin. W porównaniu do ostatniego Assassyna, który zajął mi jakies 35h nie bardzo się śpiesząc, Sonic to po prostu masakra. Przy cenach jakie płaci się w tych czasach za gry na konsole, 6h rozgrywka to nieporozumienie. Oczywiście można próbować maskować każdy poziom na S, na wszystkich poziomach trudności, no o oczywiście odkryć wszystkie ciuchy dla naszego awatara, ale nie sądzę żeby to miało sens.

Podsumowujac: fajna gra. Klimat gry nowoczesnej jak i momentami klasyków z lat 90. Fajna historia, wiatr we włosach, szybką, sprawna, momentami staje się wyzwaniem, bo niektóre poziomy są faktycznie trudne. W porządku. Ale 6h gry przy nowej produkcji, to niestety o wiele za mało. Chyba że za pół ceny…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *