Assassin’s Creed: Origins – recenzja.

Jedna z najważniejszych dla mnie serii. AC najpierw nie lubiłem i dziwiłem się jak można w to grać. Po latach przygody z serią Ubisoftu zacząłem wręcz czekać na kolejne odsłony. I tak mało chronologicznie przeszedłem AC3, II, Brotherhooda, prawie revelations, IV, Unity, Syndicate i przyszedł czas na Origins. Do tej pory nie zmusiłem się do przejścia jedynki, Revelations czeka na dokończenie, no i został Rogue, który mam nadzieję przejść jak tylko wypuszczą remake na PS4.

Ale do rzeczy. Nie oczekiwałem, że zrobią Assassina w starożytności, bo wnioskowałem, że z każdą kolejną częścią zbliżamy się coraz bardziej do współczesności i zmienimy nieslugo konie i powozy na samochody i samoloty. Ale na szczęście/nieszczęście twórcy stworzyli coś równie fajnego. Starożytność bowiem, to jeden z moich ulubionych tematów historycznych już od czasów szkoły podstawowej. Jeśli do tego dołożymy możliwość stania się jednym że starożytnych wojowników, kupuję to.

Jeśli nie graliście jeszcze w tą odsłonę serii AC i nie lubicie spoilerów, to musicie przestać czytać, zamiast później siać ferment, że nie uprzedzałem.

Bayek – egipski Medżaj

Cała historia rozpoczyna się walką z jakimś wielkim złym żołnierzem, więc już na starcie uczymy się bić i używać broni, tym bardziej, że sam system różni się od tego przedstawionego w poprzednich odsłonach. Następnie widzimy co się dzieje z naszym bohaterem i jaki jest jego główny cel przez całą grę oraz co nim kieruje. Strata syna to straszna rzecz i dostajemy jasny wgląd dlaczego Bayek jest taki a nie inny. Cała historia jest napędzana chęcią zemsty za morderstwo swojego potomka. To stwarza nam nie jednego, ale kilkunastu głównych bossów do zabicia, aż w końcu trafimy na tego jednego odpowiedzialnego za całe zajście. No i oczywiście go kilim, no bo taki charakter gry.

Fabuła jest dosyć prosta i wg mnie za prosta, ale to nie tylko główny wątek robi robotę. Cała masa zadań i przygód z normalnego życia Egiptu buduje wspaniały klimat tej produkcji. Tym bardziej, że idąc samym głównym wątkiem, co chwile będzie brakowało nam broni i umiejętności, żeby wykonać kolejne zadanie. Swój poziom musimy na bieżąco podnosić wykonując właśnie zadania poboczne i eksplorując świat gry. Po drodze znajdziemy między innymi legowiska zwierząt, gdzie będziemy musieli pokonać samca alfa, statki i obozy przeciwników, w których musimy zdobyć skarby oraz wymordowac głównych dowodzących, czy po prostu punkty obserwacyjne znane bardzo dobrze z poprzednich odsłon. W tym wszystkim pomaga nam jednak towarzyszka – orlica Senu, która pomaga nam namierzać nasze cele, a po odpowiednich ulepszenia na drzewku umiejętności, pomaga nam w walce z przeciwnikami.

Pozwólcie jednak że opowiem wam pewną historię. Pewnego pięknego dnia, kiedy na swoim wiernym wielbłądzie przemierzałem egipskie pustynie, moim oczom ukazał się meteoryt spadający z nieba. Kiedy tylko uderzył w ziemię, od razu udałem się do miejsca katastrofy. Okazało się że spadając uderzył w od dawna zamknięte wejście do tajemniczej świątyni. Zaciekawiony wszedłem do środka. Moim oczom ukazały się świecące hieroglify. Ukazywały pewnego rodzaju zegar słoneczny, który udało mi się odnaleźć nie tak daleko od wejścia. Po rozwiązaniu krótkiej zagadki wróciłem do świątyni i wtedy ściana z egipskim pismem odsłoniła dalsze przejście. Skradając się dalej, zauważyłem postać uwięzioną w pewnego rodzaju polu siłowym. Po wejściu po schodach i dotknięcie bariery, wielki cybernetyczny anioł pojawił się na niebie nad świątynią i ostrzelał świetlistymi mieczami cale wnętrze, rozbijając barierę i uwalniając postać że środka. Postać wyjętą dokladnie z serii gier Final Fantasy!

Przepraszam… Którędy do Final Fantasy?

Jeden z najlepszych i najbardziej zaskakujących momentów gry. Nie ma wpływu na fabułę, ale daje świetny futurystyczny mieczyk, tarczę do kompletu i wielbłądo-ptaka(?). Więcej takich smaczków w grach!

W sam raz na podróże po starożytnym Egipcie…
To ptak? Samolot? Nie, to wielbłąd z dziobem ptaka i piórami na tyłku…

Całość gry wypada bardzo dobrze. Zmieniając sposób w jaki walczymy z przeciwnikami i jak rozwijamy swojego bohatera (w porównaniu do poprzednich asasynów) przypomina mi trochę Horizon i Wiedźmina. Możemy zmieniać bronie, ulepszać je, to samo z tarczami. Znajdując materiały możemy również ulepszać ukryte ostrze, kołczan, rękawice do walki i pojemnik na narzędzia (bomby i inne). Świat jest bardzo otwarty i możemy chodzić gdzie chcemy. Blokada występuje tylko w kilku momentach jak walki morskie. Wtedy faktycznie musimy wykonać misję, żeby wrócić do swobodnego podróżowania. Ale akurat takich misji nie jest zbyt wiele.

Fabularnie Origins wypada super, choć jednak fabularnie czegoś mi brakowało. Nie było zaskoczeń z poprzednich części, po prostu liniowa fabuła – dowiadujemy się kogo zabić – zabijamy go. I następnego, i następnego. A potem walczymy że słoniem. Bo tak ktoś wymyślił.

Mówiłem już, że Kleopatra chciała ruchnąć naszego Medżaja?

Najnowsza odsłonę AC szczerze polecam i zachęcam do zagrania. O ile fabularnie nie dorównuje może aż tak poprzednim częściom, tak grywalnością wychodzi na najwyższy poziom. Podsumowując – jedna z najlepszych odsłon serii (moim zdaniem oczywiście).

A waszym zdaniem?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *