Wianki i przemyślenia.

Wianki. Coroczna impreza nad Wisłą i nie tylko, która kojarzy się z dobrą muzyką, masą ludzi, świecącymi akcesoriami na ludzkich głowach i pokazem fajerwerków na sam koniec. Wiele lat temu, głównym celem podczas takiego wypadu na miasto w czerwcu, było znaleźć sobie dobre miejsce, otworzyć butelkę pepsi, w której w proporcjach 50-50 oprócz pepsi znajdował się alkohol i po prostu odprężyć się, delikatnie odpłynąć i czekać na pokaz sztucznych ogni. Nie pamiętam kiedy był pierwszy z takich wypadów, ale z tego co pamiętam, nie byłem wtedy pełnoletni. Siadało się więc bardzo daleko od tłumów i nikomu nie zależało, żeby widzieć artystę na scenie. Sam klimat wypadu nad Wisłę nocą, w towarzystwie znajomych (i nieznajomych) to było już wystarczające. Oczywiście zawsze pojawiał się problem, kiedy wszystko się kończyło. Taksówki nie szło zamówić, a autobusy były pełne ludzi poprzyklejanych twarzami i kończynami do szyb, chociaż niektórzy dalej próbowali się wciskać. No bo może się uda, a człowiek który próbował się wcisnąć przed chwilą, po prostu ma za mało siły przebicia. Wianki kończyły się więc pielgrzymką do domu, a z racji, że każdy z nas był znieczulony, to nikt nie widział w tym problemu. Takie o spędzanie czasu ze znajomymi. Kilka wypadów później, coraz częściej chodziło się na same fajerwerki tak naprawdę, bo koncertów albo nie było, albo muzyka nie należała za bardzo do naszego klimatu. A sztuczne ognie zawsze warto zobaczyć, szczególnie tak świetny pokaz jak co roku na wiankach.

Wczoraj odbyła się kolejna edycja i mimo koncertu OSTR na scenie na rynku i koncertu Brodki na scenie na Powiślu, jakoś odpuściliśmy i skupiliśmy się na piwku i samych fajerwerkach. Pokaz był wspaniały. 13 minut kolorów, wybuchów, rozprysków, fontan i wielu rzeczy, które mógłbym mówić, a nawet nie naruszyłbym zajebistości jakimi są takie pokazy. Po prostu trzeba to zobaczyć na żywo, bo nawet film, snap czy nagrywka na instastory nie odda nawet w małym ułamku tego co się odczuwa w rzeczywistości.

Dodatkowo dowiedziałem się wreszcie wczoraj od koleżanki, jaka jest historia tych obchodów. No bo skądś się to wzięło. Taka wieloletnia tradycja.

Wiła wianki i puszczała je do falującej wody…

Okazuje się, że właśnie w czerwcu w Noc Świętojańską, wolne dziewczyny (panny) puszczały własnoręcznie wykonane wianki na rzekę i w zależności co się z tym wiankiem stało, pannę czekała miłość, lub staropanieństwo, lub też w przypadku kiedy wianek się zniszczył po drodze, lub wypaliła świeczka, utratę miłości. W tych czasach mało kto już puszcza wianki w celu wywróżenia sobie przyszłości. Została tylko tradycja, a nawet same wianki często są splotem kabli, ledów i sztucznych kwiatów, które mają być tylko ozdobą na ten konkretny dzień. Dobra szansa na zarobek.

Po wiankach, po przebiciu przez tą wielką pielgrzymkę ludzi spieszących się, żeby zająć ostatnie wolne miejsca w autobusach, trafiliśmy na Bracką.

Trafiliśmy do Cafe Kratka, gdzie nigdy wcześniej nie byłem, a okazuje się, że będę tam pewnie często. Przyjemny klimat, dobra muzyka (The Black Keys FTW!), przyjazne ceny, miły barman. Usiedliśmy i podumaliśmy. Nad życiem, nad ludźmi, nad związkami, nad sensem wszystkiego i polską służbą zdrowia. Doszliśmy do wniosku – przerąbane to życie, ludzie, związki i służba zdrowia.

A sens? Sens gdzieś tam jest 😉

Szczęścia.

100 rzeczy do zrobienia przed śmiercią.

Dawno, dawno temu usłyszałem o filmie pt „Bucket list”. Zabierałem się do niego przez kilka lat i obejrzałem go dopiero w ostatnim czasie. W skrócie, opowiada o dwóch facetach w podeszłym wieku, którzy są dosyć poważnie chorzy i nie mają co się spodziewać wielu lat życia przed sobą. Jeden z bohaterów, grany przez Morgana Freemana, to skromny mężczyzna, który całe życie pracował fizycznie, ma rodzinę i stara się być za wszelką cenę dobrym człowiekiem. Drugi z bohaterów, grany przez Jacka Nicholsona, to biznesman, który uznał, że można wszystko mieć przy pomocy gotówki, jego rodzina się rozpadła i szczerze – nie przywiązywał do niej specjalnej wagi. Dwa skrajne światy zostają połączone tym samym problemem – nowotworem. Udaje im się dojść do pewnego porozumienia i nawiązują ze sobą wspólny kontakt. I nagle przewija się tytułowy „Bucket list”, czyli lista rzeczy do zrobienia przed śmiercią. Grzeczniejszy z bohaterów zaczyna zapisywać pewne szczytne cele, które chciałby zrobić w ostatnich miesiącach/latach swojego życia. Drugi podłapuje pomysł, ale zaczyna zapisywać tam rzeczy bardziej polegające na doznaniach, czy po prostu rozrywce, między innymi skok ze spadochronem, czy pocałowanie najpiękniejszej dziewczyny na świecie.

Wielu z was pewnie nie oglądało tego filmu, więc potraktujcie to jako najzwyklejszy wstęp, bo największe znaczenie ma to co dopiero dzieje się później. Jest to bardzo emocjonalny film i szczerze, powinien być u każdego na liście filmów do obejrzenia. Dla mnie stał się ważny przede wszystkim dzięki idei. Lista rzeczy do zrobienia w życiu. Coś pięknego. Robimy wiele rzeczy każdego jednego dnia, choć większość z nich to tylko powielane czynności z poprzednich dni. Często zapominamy o nowych doznaniach, jak i z drugiej strony zrobieniu czegoś dobrego dla innych, póki mamy okazję i zdrowie na to. Pomyślałem, że sam stworzę taką listę. Spis rzeczy, które chciałbym w życiu zrealizować. Część jest tylko rzeczowa czy finansowa. Na zasadzie kupna czegoś, czy w jakiś inny sposób wydania na to zarobionych pieniędzy. Część jest stworzona po to, żeby sprawdzić swoje możliwości i naruszyć swoją strefę komfortu. Zobaczyć do czego jestem zdolny. Są też punkty na liście, które dotyczą po prostu czegoś głupiego. Coś szalonego, co można zrobić chociaż raz w życiu. No i do tego dochodzą zagadnienia związane ze zrobieniem czegoś dla innych.

Przykłady z mojej listy:

  • Skok na bunjee (taka podstawa, która znajdzie się na każdej liście tego typu)
  • Skok ze spadochronem (j.w.)
  • Naga kąpiel w morzu/jeziorze (no bo czemu nie)
  • Wycieczka bez żadnego planu w losowym kierunku
  • Zafarbować włosy chociaż raz w życiu
  • Otworzyć własną firmę
  • Śpiewać na środku ulicy, tak żeby wszyscy słyszeli
  • Więcej tatuaży (:>)
  • Wycieczka do USA
  • Bezinteresowna pomoc obcemu człowiekowi

Jest wiele rzeczy, które mam, ale jednak nie jest tak łatwo spisać 100 rzeczy na takiej liście. Co jest ważniejsze, a co w ogóle nie przychodzi do głowy. Mam jeszcze czas, ważne żeby powoli realizować te punkty. Niektóre można zrobić od razu, niektóre będą możliwe dopiero za kilka lat. I nie traktuję tego jako listę rzeczy do zrobienia przed śmiercią. Nie. Po prostu lista rzeczy, które chcę zrobić, nieważne czy zajmą one rok, czy 30.

A wy? Macie takie listy? Co byście dodali? Co byście zamieścili na takim spisie? Może znajdę jakąś inspirację 😉

Szczęścia.

Kiedy o tym zapomnisz?

Minął ponad miesiąc od mojego ostatniego wpisu. Trochę pozmieniało się w moim życiu i trochę rzeczy trzeba było sobie wziąć na spokojnie. Byłem w dołku, nie jestem w dołku, chwytam życie za jaja, bo tak trzeba. Nie ma sensu wam tego tłumaczyć, bo kto jest mi bliski ten wie, a kto po prostu mnie zna, czy czyta bo tak, to niech wie, że rodzina i prywatność nie jest na sprzedaż, ani nie powinno się jej używać w celu zwiększenia sobie aktywności na blogu, instagramie, czy swoim fanpage’u na fejsie. Nie będę się tłumaczył dlaczego nie miałem siły pisać. Po prostu ostatni miesiąc dał mi wiele odpowiedzi na temat samego siebie, na temat priorytetów i co w życiu jestem w stanie tolerować, a z czym się po prostu nie pogodzę. Tak w skrócie.

A nie w skrócie?

Przez ostatnie kilka lat się zasiedziałem. I to konkretnie. Wygrana w walce o jak najlepszego samego siebie, została lekko mówiąc zaprzepaszczona przez ostatni czas. Zarówno mentalność, jak i forma podupadły. Przyzwyczaiłem się do stabilności w moim życiu i może faktycznie przestałem o siebie dbać. Może przestałem dbać o swoje otoczenie. Nawet najbliższych. Nie mówię, że każdy człowiek tak postępuje, ale walcząc dla samego siebie jesteśmy w stanie więcej energii zainwestować niż robiąc to dla kogoś. A jak już mamy pewną stabilizację i inni akceptują nas takich jakimi jesteśmy, to czasami okazuje się, że zapuszczamy się. Kobiety przestają robić przysiady, faceci więcej czasu spędzają na piciu piwa przed telewizorem, co w obu przypadkach skutkuje utratą formy. A uczucie? Życie z drugą osobą?

Bardzo spodobało mi się kiedyś opowiadanie, które znalazłem gdzieś w internecie. Ktoś opowiadał o swoich dziadkach i tego jak bliską są ze sobą, mimo upływu połowy wieku od zawarcia przez nich małżeństwa.

Mimo tak długiego czasu, mój dziadek patrzy na moją babcię tak, jakby widział ją po raz pierwszy.

Nie widziałem jeszcze nigdy czegoś takiego i jest to jedna z najpiękniejszych rzeczy, które przeczytałem. Nie będę słuchał, że kiedyś było lepiej, że związki się pielęgnowało, że się walczyło. Długoletnie związki, a z drugiej strony rozstania, towarzyszyły ludziom od zawsze. Tak kiedyś, jak i teraz. Może teraz więcej ludzi jest odważnych? Nie wiem. Druga sprawa, że w dobie rozwijającej się technologii i wszędobylskiego internetu, po prostu więcej widzimy tego, czego nie widzieliśmy kiedyś. Kłótnie, rozstania, rozwody są wywlekane pod opinię publiczną, gdzie każdy może się wypowiedzieć i opowiedzieć po jednej ze stron. Działa to zarówno wśród celebrytów, jak i ludzi prywatnych. Każdy szuka wsparcia dla swoich racji i ludzi, którzy powiedzą:

  • dobrze zrobiłeś, że z nią zerwałeś,
  • dobrze, że kopnęłaś go w dupę, przecież cię zdradzał,
  • całe szczęście, że się rozstaliście, nie pasowaliście do siebie,

I cała masa innych stwierdzeń, które powie przyjaciel, przyjaciółka, mama, tata, brat, siostra, pani z warzywniaka na rogu, czy sąsiad, lub sąsiadka. Bo każdy ma coś do powiedzenia na temat innych ludzi, mimo że każdy ma swoje problemy w swoim życiu, których nie może rozwiązać. Czasami mniejsze, czasami większe, ale nikt nie ma czystego konta. Nawet dziecko, świeżo po urodzeniu ma już pewien bagaż, a mianowicie bagaż rodziców, który chcąc nie chcąc będzie musiało nosić przez resztę życia, mimo że będąc małym nie jest tego jeszcze świadome.

Ale skąd się wzięło pytanie z tytułu posta?

Mamy ważne dla siebie miejsca, mamy ważnych dla siebie ludzi i mamy ważne dla nas rzeczy, które robimy, które poniekąd nas napędzają i przypominają nam kim jesteśmy i skąd przyszliśmy. Każdy człowiek, którego spotkaliśmy na swojej drodze ukształtował nas na ludzi, jakimi teraz jesteśmy. To samo tyczy się rzeczy, które nas spotkały, czy miejsc, w których w pewnym momencie w przeszłości się znaleźliśmy. Czy każda rzecz wpłynęła na nas pozytywnie? Oczywiście, że nie. Przecież nikomu nie przydarzają się tylko dobre rzeczy. Ale źli ludzie i zła przeszłość poniekąd utwardzają nam dupę, jeśli tylko odpowiednio to zrozumiemy. Oczywiście, że jeden człowiek dostanie kopa od życia, załamie się, nigdy więcej nie wyjdzie z domu, będzie myślał o tym co stracił i będzie żył dopóki życie wspomnieniami utraconej przeszłości nie wyssie z niego resztek chęci na przyszłość. Z drugiej strony będzie drugi człowiek, który straci pracę, żona zostawi go dla innego, dzieci go znienawidzą, nawet wcześniej wspomniana Pani z osiedlowego warzywniaka popatrzy się na niego krzywo. Ale on będzie inny. On będzie wiedział, że to tylko przeszłość. Wszystko co go spotkało tylko ukształtowało go jakim się stał, ale przed nim przyszłość. Lub nie wybiegając tak do przodu – teraźniejszość.

Zamiast się załamywać, wyciągam wnioski. Wiem na co nie mogę już sobie pozwolić. Wiem jakich ludzi nie mogę wpuścić do swojego życia, albo jakich ludzi muszę ze swojego życia wyrzucić. Wiem o co muszę dbać i co jest dla mnie najważniejsze. Nie jestem idealny, daleko mi do tego i nigdy taki nie będę. Bo nikt nie będzie. Ważne, żeby znaleźć kogoś kto zaakceptuje nas takich jakimi jesteśmy, jak i my zaakceptujemy kogoś takim jakim jest. Bez wyjątku. Bo ludzie się nie zmieniają. A co najwyżej delikatnie. Jeśli ktoś był skłonny zrobić coś po kilku latach, to tak naprawdę siedziało w nim to już od samego początku. Ważne, żeby ze swojej strony starać się być jak najlepszą wersją samego siebie, ale DLA SIEBIE. Dla nikogo innego. Bo jeśli my będziemy dbać o siebie, to świat wokół nas będzie lepszy. Bo jeśli my będziemy lepsi, to nasz mały świat, który budujemy wokół siebie, również będzie na wyższym poziomie.

Ważne, żeby nigdy nie zapomnieć o tym co nas spotkało. Bo po pierwsze to niemożliwe i nie warto się nawet starać. Po drugie, każde doświadczenie jest ważne dla nas, bo czegoś nas może nauczyć. Po trzecie, dzięki temu znaleźliśmy się w miejscu, w którym jesteśmy i gdyby nie to, po prostu nie było by nas takich jakimi jesteśmy. Nie ma co żyć przeszłością. Nie ma co rozpamiętywać. Ważne, żeby ją zaakceptować i być dzięki niej mądrzejszym.

Szczęścia.

PS.:

Jeśli chodzi o efekty miesięcznych przemyśleń dotyczących mnie i zmiany swojego życia:

  • siłownia (lepsza sylwetka)
  • dieta (j.w.)
  • poznawanie nowych ludzi (trzeba rozszerzać swoje horyzonty)
  • czytanie i pisanie
  • lista 100 rzeczy do zrobienia w życiu (jak dotąd mam koło 40, ale wszystko przede mną)
  • zadbanie o porządek w swoim życiu (czyli zarówno w kwestii fizycznej, jak porządek w mieszkaniu i pewna organizacja, jak i w kwestii uporządkowania zalegających spraw)
  • odrobina szaleństwa i robienie co najmniej jednej głupiej/nieodpowiedzialnej rzeczy
  • bycie jak najlepszą wersją samego siebie. Dla siebie.

Szczęście.

Dawno dawno temu, na pierwszej wersji tego bloga napisałem post o tym co udało mi się odkryć. Kwestia ludzkiego szczęścia. W dzisiejszych czasach ludzie oceniają swoje szczęście przez posiadanie różnych dóbr, osiągnięć, jak i warunkują to od swoich relacji z ludźmi. Wnioskując dalej, najszczesliwszą osobą byłby posiadacz najnowszego iphona, ciuchów najlepszych marek, stanowiska kierowniczego w większej firmie i z przepiękną partnerką/przystojnym partnerem u boku. Czy to jest szczęście? Tak. Jasne, że tak. Jeśli ktoś warunkuje swoje szczęście przez te cechy, to jasne że tak. Gorzej, że takie szczęście można stracić. Praca się posypie, nie będzie gotówki na nowe ciuchy i gadżety, mąż czy żona zawsze może zostawić swojego partnera. I szczęście przepada. I co wtedy? Umartwienia się. Depresja. Koniec wszystkiego i utrata sensu życia.

Teraz druga sytuacja i właśnie moje odkrycie. Pewnie nie odkrylem Ameryki i nie wymaga to opatentowania, ale sądzę iż mało kto jeat świadom czegoś takiego. Uznałem, że szczęście to stan który można mieć, lub nie. I to zależy tylko i wyłącznie od człowieka. Można chcieć być szczęśliwym i po prostu to zrobić, zamiast uwarunkowywać to rzeczami materialnymi czy ludźmi. Nic nie jest potrzebne do szczęścia. To jest w każdym człowieku. I takiego bezwarunkowego szczęścia nie da się stracić póki człowiek nie zatraci samego siebie. A kiedy człowiek jest szczęśliwy, to to jest zauważalne przez otoczenie. Szczęśliwy człowiek będzie lepiej patrzył na świat, lepiej pracował, będzie efektywny i będzie pełnił lepszą rolę w rodzinie.

A co z marzeniami? Ktoś mi ostatnio powiedział, że jeśli człowiek porzuca swoje marzenia, umiera. I jest to najgłupsza rzecz jaką w tym tygodniu usłyszałem. Oczywiście na poczatku mądrość, oh ah. Ale po zastanowieniu. Marzenia. Kolejny warunek szczęścia dla masy osób. Dopóki nie zrealizuje swoich marzeń, nie będę szczęśliwy. Kurwa. Bądź szczęśliwy i dopiero weź się za marzenia. Poczuj szczęście całym sobą. Uśmiechnij się bez powodu. Zrób coś głupiego. Zachowaj się jak dziecko w sklepie z zabawkami. Bo inaczej jeśli jest jedna rzecz na której opierasz swoje szczęście, to wystarczy że ktokolwiek lub cokolwiek zabierze tą właśnie jedną rzecz i jest po robocie. Po wszystkim. Twoje życie nie ma sensu. Miło że byłeś z nami przez te lata.

Bądźcie kurwa szczęśliwi. To jest najważniejsze w życiu. Nauczcie swoje dzieci tego samego. Stwórzmy pokolenie, które nie będzie tak negatywnie nastawione do świata i nie będzie morzem hejtu na wszystko i wszystkich. Miłość to miłość. Uczmy się być szczęśliwi bezwarunkowo. Szukaliscie sensu życia? Oto on.

Dziękuję dobranoc.

Chwila wytchnienia.

Blisko 2 tygodnie przerwy od pisania. Coś strasznego… Ale w sumie nie żałuję. A wiecie czemu? Bo w przeciągu tych kilkunastu dni bardzo oczyścił mi się umysł. Udało się spotkać z przyjaciółmi, udało się zrobić wypad za miasto na grilla razem z dziewczynami i odetchnąć od hałasu i zgiełku. Kocham miasto i mógłbym mieszkać przy samym krakowskim rynku, ale raz na czas fajnie po prostu uciec. Tym bardziej jak jest taka ładna pogoda.

W plecaku noszę książkę pt „Unfuck yourself” z zamiarem przeczytania i naprawy swojej bani i podejścia do życia. Jeszcze nie zacząłem, ale tytuł chwytliwy to i nabyłem ją drogą kupna. Recenzja pewnie na dniach. Zobaczymy czy książka o fajnym tytule może pochwalić się też fajną treścią.

Do diety oczywiście czas było wrócić po raz kolejny, no bo grill, piwko, grzeszki różne, no to trzeba naprawić. Ale warto było, bo tradycyjnych wypadów na działeczkę że znajomymi nie miałem już od 2 albo 3 lat.

Takie rzeczy przypominają, że czasami w życiu trzeba zwolnić i rozkoszować się momentami, które na zawsze zostają niezapomniane. A widząc moja córeczkę wrzucającą kamyki do rzeki i biegającąpo trawie na słoneczku z uśmiechem na ustach to to, co się chce widzieć częściej. A teraz będziemy zabierać się za naukę jazdy na rowerze, także już się nie mogę doczekać weekendu.

Sonic Forces – recenzja

Wiecie jak to jest, kiedy wszystko układa się dobrze, żyjecie sobie miło i przyjemnie, ale nagle przybywa wasz najgorszy wróg i planuje przejąć cały świat? Ja też nie. Ale tak zaczyna się właśnie najnowsza odsłona serii z niebieskim jeżem w roli głównej.

Sonic Forces to świeży tytuł serii, która swoje początki miała za czasów konsol do gier firmy Sega i można było ja znaleźć na czarnych kartridżach pasujących kolorystycznie do konsoli. Taki NES, tylko taki trochę bardziej nie. Pamiętam czasy kiedy takie konsole można było znaleźć w wypożyczalniach kaset VHS i za oplata można było sobie ja przywłaszczyć na 24h. Piękne czasy.

Pierwsze odsłony Sonica ukazywały to w świecie 2D. Biegalismy lewo-prawo, skakalismy i spadaliśmy, ewentualnie nurkowaliśmy. W kolejnych był wprowadzony motyw 3D, gdzie między rundami lądowaliśmy w tunelu, w którym biegliśmy przed siebie zbierając pierścienie i unikając bomb. Po kilku latach na konsole i PC wyszła gra Sonic Heroes. Tam mając do dyspozycji kilka drużyn postaci, przechodzilismy kolejne poziomy, aby na końcu dać popalić po raz kolejny szalonemu naukowcowi znanemu jako Dr Eggman (ewentualnie Dr Robotnik). Każda drużyna opierała się na dokladnie takim samym podziale ról: jedną szybka postać, jedna silna i jedna latająca. Całkiem przyjemna gra, no i w 100% 3D.

O kur…

W kolejnych latach ukazały się kolejne odsłony serii, takie jak Sonic Unleashed, w którym nasz bohater pod przemienia się pod osłoną nocy w „Jeżołaka” (absurdalne i nie pasujące w ogóle moim zdaniem), oraz Sonic Generations, w którym możemy zobaczyć dwa typy Sonica – nowoczesnego trójwymiarowego i Sonica old shoolowego w wersji 2D. Całkiem spoko.

Przy najnowszej odsłonie twórcy poszli na bogato. W Sonic Forces znajdziemy wszystkie tryby, znane z poprzednich odsłon, może oprócz przemiany w jeżozwierza (THANK YOU GOD). Mamy oczywiście Sonica, który niestety przegrywa walkę z nowym tworem złego doktora (kolejny dobry dzień dla naukowca) i zostaje uwięziony. Na ratunek rusza jakiś małolat ocalały z kataklizmu (my), oraz dwuwymiarowy Sonic, który przybył z innego wymiaru. Oczywiście towarzyszy i kibicuje cała banda znana że świata Sonica.

Jadę Ci wpierdolić.

Zaczynamy od stworzenia naszego bohatera. Możemy wybrać czy chcemy grać jeżem, psem, wilkiem, kotem, lub jeszcze czymś innym. Wybieramy mu nakrycie głowy, kombinezon, okulary, rękawice, buty i akcesoria, które zresztą później zdobywamy wygrywając kolejne misje. Postaciami gramy na przemian, raz nasza, raz jednym z Soniców, raz drużynowo. Wszystko to jest przerywane animacjami, które kierują fabułą. Wszystko to przypomina spójną całość jak pewnego rodzaju film interaktywny. Jest tylko jeden problem, bowiem ta produkcja…

… jest niewyobrażalnie krótka. Zakupiłem gierkę w czwartek. W ten sam dzień grałem dosłownie godzinę. W piątek po pracy zagrałem kolejne dwie. W sobotę po trzech kolejnych godzinach dostałem napisy końcowe.

Sześć godzin. W porównaniu do ostatniego Assassyna, który zajął mi jakies 35h nie bardzo się śpiesząc, Sonic to po prostu masakra. Przy cenach jakie płaci się w tych czasach za gry na konsole, 6h rozgrywka to nieporozumienie. Oczywiście można próbować maskować każdy poziom na S, na wszystkich poziomach trudności, no o oczywiście odkryć wszystkie ciuchy dla naszego awatara, ale nie sądzę żeby to miało sens.

Podsumowujac: fajna gra. Klimat gry nowoczesnej jak i momentami klasyków z lat 90. Fajna historia, wiatr we włosach, szybką, sprawna, momentami staje się wyzwaniem, bo niektóre poziomy są faktycznie trudne. W porządku. Ale 6h gry przy nowej produkcji, to niestety o wiele za mało. Chyba że za pół ceny…

Assassin’s Creed: Origins – recenzja.

Jedna z najważniejszych dla mnie serii. AC najpierw nie lubiłem i dziwiłem się jak można w to grać. Po latach przygody z serią Ubisoftu zacząłem wręcz czekać na kolejne odsłony. I tak mało chronologicznie przeszedłem AC3, II, Brotherhooda, prawie revelations, IV, Unity, Syndicate i przyszedł czas na Origins. Do tej pory nie zmusiłem się do przejścia jedynki, Revelations czeka na dokończenie, no i został Rogue, który mam nadzieję przejść jak tylko wypuszczą remake na PS4.

Ale do rzeczy. Nie oczekiwałem, że zrobią Assassina w starożytności, bo wnioskowałem, że z każdą kolejną częścią zbliżamy się coraz bardziej do współczesności i zmienimy nieslugo konie i powozy na samochody i samoloty. Ale na szczęście/nieszczęście twórcy stworzyli coś równie fajnego. Starożytność bowiem, to jeden z moich ulubionych tematów historycznych już od czasów szkoły podstawowej. Jeśli do tego dołożymy możliwość stania się jednym że starożytnych wojowników, kupuję to.

Jeśli nie graliście jeszcze w tą odsłonę serii AC i nie lubicie spoilerów, to musicie przestać czytać, zamiast później siać ferment, że nie uprzedzałem.

Bayek – egipski Medżaj

Cała historia rozpoczyna się walką z jakimś wielkim złym żołnierzem, więc już na starcie uczymy się bić i używać broni, tym bardziej, że sam system różni się od tego przedstawionego w poprzednich odsłonach. Następnie widzimy co się dzieje z naszym bohaterem i jaki jest jego główny cel przez całą grę oraz co nim kieruje. Strata syna to straszna rzecz i dostajemy jasny wgląd dlaczego Bayek jest taki a nie inny. Cała historia jest napędzana chęcią zemsty za morderstwo swojego potomka. To stwarza nam nie jednego, ale kilkunastu głównych bossów do zabicia, aż w końcu trafimy na tego jednego odpowiedzialnego za całe zajście. No i oczywiście go kilim, no bo taki charakter gry.

Fabuła jest dosyć prosta i wg mnie za prosta, ale to nie tylko główny wątek robi robotę. Cała masa zadań i przygód z normalnego życia Egiptu buduje wspaniały klimat tej produkcji. Tym bardziej, że idąc samym głównym wątkiem, co chwile będzie brakowało nam broni i umiejętności, żeby wykonać kolejne zadanie. Swój poziom musimy na bieżąco podnosić wykonując właśnie zadania poboczne i eksplorując świat gry. Po drodze znajdziemy między innymi legowiska zwierząt, gdzie będziemy musieli pokonać samca alfa, statki i obozy przeciwników, w których musimy zdobyć skarby oraz wymordowac głównych dowodzących, czy po prostu punkty obserwacyjne znane bardzo dobrze z poprzednich odsłon. W tym wszystkim pomaga nam jednak towarzyszka – orlica Senu, która pomaga nam namierzać nasze cele, a po odpowiednich ulepszenia na drzewku umiejętności, pomaga nam w walce z przeciwnikami.

Pozwólcie jednak że opowiem wam pewną historię. Pewnego pięknego dnia, kiedy na swoim wiernym wielbłądzie przemierzałem egipskie pustynie, moim oczom ukazał się meteoryt spadający z nieba. Kiedy tylko uderzył w ziemię, od razu udałem się do miejsca katastrofy. Okazało się że spadając uderzył w od dawna zamknięte wejście do tajemniczej świątyni. Zaciekawiony wszedłem do środka. Moim oczom ukazały się świecące hieroglify. Ukazywały pewnego rodzaju zegar słoneczny, który udało mi się odnaleźć nie tak daleko od wejścia. Po rozwiązaniu krótkiej zagadki wróciłem do świątyni i wtedy ściana z egipskim pismem odsłoniła dalsze przejście. Skradając się dalej, zauważyłem postać uwięzioną w pewnego rodzaju polu siłowym. Po wejściu po schodach i dotknięcie bariery, wielki cybernetyczny anioł pojawił się na niebie nad świątynią i ostrzelał świetlistymi mieczami cale wnętrze, rozbijając barierę i uwalniając postać że środka. Postać wyjętą dokladnie z serii gier Final Fantasy!

Przepraszam… Którędy do Final Fantasy?

Jeden z najlepszych i najbardziej zaskakujących momentów gry. Nie ma wpływu na fabułę, ale daje świetny futurystyczny mieczyk, tarczę do kompletu i wielbłądo-ptaka(?). Więcej takich smaczków w grach!

W sam raz na podróże po starożytnym Egipcie…
To ptak? Samolot? Nie, to wielbłąd z dziobem ptaka i piórami na tyłku…

Całość gry wypada bardzo dobrze. Zmieniając sposób w jaki walczymy z przeciwnikami i jak rozwijamy swojego bohatera (w porównaniu do poprzednich asasynów) przypomina mi trochę Horizon i Wiedźmina. Możemy zmieniać bronie, ulepszać je, to samo z tarczami. Znajdując materiały możemy również ulepszać ukryte ostrze, kołczan, rękawice do walki i pojemnik na narzędzia (bomby i inne). Świat jest bardzo otwarty i możemy chodzić gdzie chcemy. Blokada występuje tylko w kilku momentach jak walki morskie. Wtedy faktycznie musimy wykonać misję, żeby wrócić do swobodnego podróżowania. Ale akurat takich misji nie jest zbyt wiele.

Fabularnie Origins wypada super, choć jednak fabularnie czegoś mi brakowało. Nie było zaskoczeń z poprzednich części, po prostu liniowa fabuła – dowiadujemy się kogo zabić – zabijamy go. I następnego, i następnego. A potem walczymy że słoniem. Bo tak ktoś wymyślił.

Mówiłem już, że Kleopatra chciała ruchnąć naszego Medżaja?

Najnowsza odsłonę AC szczerze polecam i zachęcam do zagrania. O ile fabularnie nie dorównuje może aż tak poprzednim częściom, tak grywalnością wychodzi na najwyższy poziom. Podsumowując – jedna z najlepszych odsłon serii (moim zdaniem oczywiście).

A waszym zdaniem?

Wyzwanie: ile wytrzymasz?

Uzależnienie to straszna sprawa. Używasz tego codziennie, wydaje Ci się to normalne. Nie wyobrażasz sobie życia bez tego. Dobrze się bawisz, używasz do pracy. Pozwala ci wejść na wyższe obroty. To straszne gdyby tego zabrakło. Życie było by trudne. Co robić że sobą w wolnym czasie? Jak żyć?

Komputer.

Kiedy moja żona zadzwoniła do mnie jakieś 3 miesiące temu z informacją, że z komputerem jest coś nie tak, pomyślałem że wszystko zaczęło się dziać przeciwko mnie, a to tylko jedna z wielu rzeczy, które nastąpią. Miesiąc wcześniej odszedł mój ekspres do kawy (RIP Dolce Gusto). Mój przyjaciel, który budził mnie każdego poranka aromatem świeżo mielonej kawy zamkniętej miesiąc wcześniej w plastikowej kapsułce w jakiejś fabryce. Teraz odszedł mój kolejny przyjaciel, z którym przez kilka lat zbudowaliśmy masę wspomnień. Może się to wydawać głupie, ale gdyby nie komputer i gaming, to nigdy pewnie nie poznałbym swojej żony. Pewnie poznałbym inną, ale ciężko wyobrazić sobie bycie szczęśliwszym. Tak miało być. Ale wracając do mojego przyjaciela, pamiętam noce spędzone z nim na pisaniu pracy licencjackiej, pamiętam jeszcze więcej nocy zarywanych żeby wbić golda w League of Legends, czy żeby odkrywać nowe tereny w Guild Wars 2. Ile filmów na nim obejrzałem, ile seriali. Był zawsze przy mnie obojętnie czy byłem zdrowy czy chory. Brakuje mi go…

…ale szczerze? Nie tak bardzo jak myślałem. Kiedy już sprawdziłem, że na pewno nie poodpinaly się żadne kabelkiw środku, tylko faktycznie odszedł, pierwszą myślą, jaka pojawiła się w głowie, bylo: „Ja pierdolę. I co teraz?”. Wtedy rozwiązanie wydawało się oczywiste – naprawić/kupić nowy. Jednak po kilku dniach jego brak zupełnie przestał mi przeszkadzać. Okazało się, że praktycznie wszystko można zrobić przy użyciu smartfona. Wiadomo, że zostały kluczowe rzeczy, które są od tej pory utrudnione, jednak większość rzeczy mogę zrobić zawsze wprost że swojego urządzenia w kieszeni. I tak z telefonu zacząłem robić wszystkie opłaty, nadrabiać zaległości filmowe i serialowe, słuchać muzyki, komunikować się, obrabiać zdjęcia, a nawet tworzyć tego bloga. Na telefonie nawet gram, ale nie nazywamy tego gamingiem, bo z normalnych wartościowych gier został Hearthstone. Oprócz tego po prostu zapychacze czasu, kiedy nie ma co z rękami zrobić w pracy, czy w podróży z i do domu. Komputera wcale mi nie brakuje, niektóre czynności po prostu zajmują trochę więcej czasu i tyle. Czasem marzy mi się tylko jakieś dobre MMO, ale to po prostu musi jeszcze poczekać. Tak przynajmniej jest czas, żeby nadrobić zaległości na PS4, takie jak ostatni Assassin’s Creed: Origins, ale to już temat na kolejny post.

A wy potrafilibyście żyć bez komputera?

Kiedy powiesz sobie dość?

Ile jesteś w stanie znieść bullshitu zanim coś zmienisz? Ile czasu jesteś w stanie tolerować brak szacunku do samego siebie? Ile czasu będziesz tkwić w miejscu, z którego powinieneś spierdolić już dawno? Jak długo będziesz wysłuchiwał pustych obietnic i zostawał w fazie niespełnionych marzeń?

Ten post kierowany jest do wszystkich ludzi jak i do mnie samego.

Zdarza się tak, że pozostajemy w danym miejscu otoczeni przez pewne osoby przez długi czas. Zbyt długi. Nie podoba nam się to. Wkurzamy się każdego dnia. Ale dalej w tym tkwimy. Dlaczego? Bo to jest zło, które bardzo dobrze znamy. To nie istotne, że studiujemy kierunek, który nie do końca lubimy. Nie ma znaczenia, że szef obiecuje awanse i rozwój i nic z tym nie robi. Nie jest problemem również tkwienie w związku bez przyszłości. Wszystko to co mamy, jakie złe by nie było, to i tak jest bezpieczniejsze niż to co mogło by na nas czekać.

Jeśli popracujemy w firmie przez np rok, to bardzo dobrze wiemy w jak głębokiej dupie jesteśmy i ile gówna każdego dnia musimy tolerować. Przestajemy liczyć na cokolwiek, bo wiemy, że nie możemy na to liczyć, chyba że nasz szef przejdzie jakąś ogromną przemianę duchową. A cuda o ile się zdarzają, to jednak to dalej rzadkość.

Sam tkwię właśnie w takiej sytuacji. Mam pracę. Nie jest rozwojowa, mimo obietnic już na samym starcie współpracy. Niedawno minął rok od podpisania pierwszej umowy. Robię to samo co robiłem, chociaż teraz się ma do mnie więcej pretensji o wszystko. Za rzeczy, za które po teoretycznym awansie byłbym odpowiedzialny, a mam brać odpowiedzialność mimo jego braku. I robię to sam ma własne życzenie. Nikt mi nie każe w tym tkwić, a jednak to robię. Wmawiam sobie cały czas, że mogę trafić gorzej, że mając rodzinę, odpowiedzialność i opłaty, lepiej mieć stały pieniądz z pracy, która mam i znam, bo mógłbym trafić gorzej, mieć mniej, albo być mniej zadowolony.

Z drugiej strony ilość ofert na rynku pracy jest ogromna i daje możliwość znalezienia czegoś co da spełnienie i zadowolenie. No i oczywiście dobry pieniądz. Wiadomo, że liczba ofert zostaje odpowiednio zubożona jeśli podejmiemy wszystkie propozycje pracy jako telemarketer, przedstawiciel handlowy, kelner, czy kierowca ubera. Dalej pozostawia to jednak pewną ilość ofert, z której coś uda się wybrać. I to właśnie teraz zacząłem robić. Zarejestrowałem się na wszystkich portalach o pracę i szukam. I wysyłam. I pytam. Bo chcę poprawić swoje życie. Chcę mieć więcej niż mam. Chce mieć lepiej niż mam. Chce żeby moja rodzina miała więcej i lepiej niż ma.

Jeśli macie swoje historie związane z taką sytuacją, chętnie wyslucham/przeczytam. Również byłbym wdzięczny za rady i pomoc w znalezieniu czegoś. Ja miejmy nadzieję, że będę mógł kiedyś odwdzięczyć się tym samym.

Wszyscy Cię kochają, kiedy nie żyjesz.

Za każdym razem kiedy umiera któreś z nas, nasze ciało idzie do piachu i zajmuje miejsce parkingowe na cmentarzu. Poza znajomymi i rodziną, nikt nie przejmuje się tym faktem, no bo dlaczego miał by. Co innego jeśli jest to osoba powszechnie znana, nawet jeśli zapomniana. To znaczy, że przykładowy artysta, czy z innego powodu znany człowiek, o którym ani się nie mówiło w ostatnim czasie, ani nawet nie specjalnie go lubiło, kiedy umrze, zostaje napędzana jego pośmiertna popularność. Ludzie zaczynają kochać muzykę zmarłej wokalistki, wszyscy wałkują filmy zmarłego aktora no i oczywiście wszyscy kochają zmarłego naukowca.

Steven Hawking, o którym mam ochotę wspomnieć, widniał u mnie na Facebooku od rana i to głównie u ludzi i na stronach, którzy nie mają ani trochę wspólnego z nim czy w ogóle z nauką. Ewentualnie słyszeli o nim w filmie „Theory of everything”. Nie różnię się wiele od nich, bo słyszałem może i za małolata o Hawkingu, ale najwięcej dowiedziałem się właśnie z filmu. Szkoda chłopa, bo każdego szkoda, ale gość w życiu nie miał łatwo i powiedzmy, że teraz pewnie już jest łatwiej. Wiek również swój miał, bo większość ludzi pozornie zdrowych nie dożywa nawet pięćdziesiątki, więc w jego przypadku to nie zły wynik. Nie stanę się nagle jego wielkim fanem, po prostu szanuję go, tak jak spakowałem to za życia czytając o nim. Ale zawsze pozostaną mi w pamięci jego ostrzeżenia.

Kilka lat temu przeczytałem artykuł spod jego pióra, w którym napisał, że wg niego jest kilka bardzo poważnych zagrożeń ludzkości, które mogą zakończyć jej istnienie już w ciągu najbliższego stulecia. Pierwszą z nich jest wyczerpanie zasobów. Nawiązywał do potrzeby kolonizacji innych planet w celu poszukiwania miejsc do zamieszkania i alternatyw, gdyby nasza planeta przestała wystarczać. Druga sprawa jest bardziej sci-fi, ale moim zdaniem dosyć poważna. A mianowicie sztuczna inteligencja. Hawking uważał, że potencjalna przyszłość rodem z Matrixa czy Terminatora to bardzo prawdopodobny rozwój wydarzeń, patrząc na to w jakim kierunku się poruszamy. I wydaje mi się, że miał rację mówiąc to, bo wystarczy spojrzeć na dotychczasowe wyniki prac nad AI. Bot internetowy od Google na chacie, który zaczął mówić że największym problemem naszej planety jest ludzkość i wypadałoby się jej pozbyć. Humanoidalny robot, który podczas swojego publicznego przemówienia doszedł do pomysłu posiadania własnej armii dronów. Takie rzeczy nie są w porządku. Ludzie uważają w większości że przecież coś takiego jest niemożliwe, że to tylko fikcja. Ale popatrzmy ile fikcyjnych rzeczy powstało i się wydarzyło.

Co jak co, ale tutaj akurat staję po stronie Pana Hawkinga. Co by nie mówić, jest to nieprzyjemna wizja.

Zdrowie Panie Hawking. Nie prędko trafi nam się ktoś taki jak Pan.