Chwila wytchnienia.

Blisko 2 tygodnie przerwy od pisania. Coś strasznego… Ale w sumie nie żałuję. A wiecie czemu? Bo w przeciągu tych kilkunastu dni bardzo oczyścił mi się umysł. Udało się spotkać z przyjaciółmi, udało się zrobić wypad za miasto na grilla razem z dziewczynami i odetchnąć od hałasu i zgiełku. Kocham miasto i mógłbym mieszkać przy samym krakowskim rynku, ale raz na czas fajnie po prostu uciec. Tym bardziej jak jest taka ładna pogoda.

W plecaku noszę książkę pt „Unfuck yourself” z zamiarem przeczytania i naprawy swojej bani i podejścia do życia. Jeszcze nie zacząłem, ale tytuł chwytliwy to i nabyłem ją drogą kupna. Recenzja pewnie na dniach. Zobaczymy czy książka o fajnym tytule może pochwalić się też fajną treścią.

Do diety oczywiście czas było wrócić po raz kolejny, no bo grill, piwko, grzeszki różne, no to trzeba naprawić. Ale warto było, bo tradycyjnych wypadów na działeczkę że znajomymi nie miałem już od 2 albo 3 lat.

Takie rzeczy przypominają, że czasami w życiu trzeba zwolnić i rozkoszować się momentami, które na zawsze zostają niezapomniane. A widząc moja córeczkę wrzucającą kamyki do rzeki i biegającąpo trawie na słoneczku z uśmiechem na ustach to to, co się chce widzieć częściej. A teraz będziemy zabierać się za naukę jazdy na rowerze, także już się nie mogę doczekać weekendu.

Sonic Forces – recenzja

Wiecie jak to jest, kiedy wszystko układa się dobrze, żyjecie sobie miło i przyjemnie, ale nagle przybywa wasz najgorszy wróg i planuje przejąć cały świat? Ja też nie. Ale tak zaczyna się właśnie najnowsza odsłona serii z niebieskim jeżem w roli głównej.

Sonic Forces to świeży tytuł serii, która swoje początki miała za czasów konsol do gier firmy Sega i można było ja znaleźć na czarnych kartridżach pasujących kolorystycznie do konsoli. Taki NES, tylko taki trochę bardziej nie. Pamiętam czasy kiedy takie konsole można było znaleźć w wypożyczalniach kaset VHS i za oplata można było sobie ja przywłaszczyć na 24h. Piękne czasy.

Pierwsze odsłony Sonica ukazywały to w świecie 2D. Biegalismy lewo-prawo, skakalismy i spadaliśmy, ewentualnie nurkowaliśmy. W kolejnych był wprowadzony motyw 3D, gdzie między rundami lądowaliśmy w tunelu, w którym biegliśmy przed siebie zbierając pierścienie i unikając bomb. Po kilku latach na konsole i PC wyszła gra Sonic Heroes. Tam mając do dyspozycji kilka drużyn postaci, przechodzilismy kolejne poziomy, aby na końcu dać popalić po raz kolejny szalonemu naukowcowi znanemu jako Dr Eggman (ewentualnie Dr Robotnik). Każda drużyna opierała się na dokladnie takim samym podziale ról: jedną szybka postać, jedna silna i jedna latająca. Całkiem przyjemna gra, no i w 100% 3D.

O kur…

W kolejnych latach ukazały się kolejne odsłony serii, takie jak Sonic Unleashed, w którym nasz bohater pod przemienia się pod osłoną nocy w „Jeżołaka” (absurdalne i nie pasujące w ogóle moim zdaniem), oraz Sonic Generations, w którym możemy zobaczyć dwa typy Sonica – nowoczesnego trójwymiarowego i Sonica old shoolowego w wersji 2D. Całkiem spoko.

Przy najnowszej odsłonie twórcy poszli na bogato. W Sonic Forces znajdziemy wszystkie tryby, znane z poprzednich odsłon, może oprócz przemiany w jeżozwierza (THANK YOU GOD). Mamy oczywiście Sonica, który niestety przegrywa walkę z nowym tworem złego doktora (kolejny dobry dzień dla naukowca) i zostaje uwięziony. Na ratunek rusza jakiś małolat ocalały z kataklizmu (my), oraz dwuwymiarowy Sonic, który przybył z innego wymiaru. Oczywiście towarzyszy i kibicuje cała banda znana że świata Sonica.

Jadę Ci wpierdolić.

Zaczynamy od stworzenia naszego bohatera. Możemy wybrać czy chcemy grać jeżem, psem, wilkiem, kotem, lub jeszcze czymś innym. Wybieramy mu nakrycie głowy, kombinezon, okulary, rękawice, buty i akcesoria, które zresztą później zdobywamy wygrywając kolejne misje. Postaciami gramy na przemian, raz nasza, raz jednym z Soniców, raz drużynowo. Wszystko to jest przerywane animacjami, które kierują fabułą. Wszystko to przypomina spójną całość jak pewnego rodzaju film interaktywny. Jest tylko jeden problem, bowiem ta produkcja…

… jest niewyobrażalnie krótka. Zakupiłem gierkę w czwartek. W ten sam dzień grałem dosłownie godzinę. W piątek po pracy zagrałem kolejne dwie. W sobotę po trzech kolejnych godzinach dostałem napisy końcowe.

Sześć godzin. W porównaniu do ostatniego Assassyna, który zajął mi jakies 35h nie bardzo się śpiesząc, Sonic to po prostu masakra. Przy cenach jakie płaci się w tych czasach za gry na konsole, 6h rozgrywka to nieporozumienie. Oczywiście można próbować maskować każdy poziom na S, na wszystkich poziomach trudności, no o oczywiście odkryć wszystkie ciuchy dla naszego awatara, ale nie sądzę żeby to miało sens.

Podsumowujac: fajna gra. Klimat gry nowoczesnej jak i momentami klasyków z lat 90. Fajna historia, wiatr we włosach, szybką, sprawna, momentami staje się wyzwaniem, bo niektóre poziomy są faktycznie trudne. W porządku. Ale 6h gry przy nowej produkcji, to niestety o wiele za mało. Chyba że za pół ceny…

Assassin’s Creed: Origins – recenzja.

Jedna z najważniejszych dla mnie serii. AC najpierw nie lubiłem i dziwiłem się jak można w to grać. Po latach przygody z serią Ubisoftu zacząłem wręcz czekać na kolejne odsłony. I tak mało chronologicznie przeszedłem AC3, II, Brotherhooda, prawie revelations, IV, Unity, Syndicate i przyszedł czas na Origins. Do tej pory nie zmusiłem się do przejścia jedynki, Revelations czeka na dokończenie, no i został Rogue, który mam nadzieję przejść jak tylko wypuszczą remake na PS4.

Ale do rzeczy. Nie oczekiwałem, że zrobią Assassina w starożytności, bo wnioskowałem, że z każdą kolejną częścią zbliżamy się coraz bardziej do współczesności i zmienimy nieslugo konie i powozy na samochody i samoloty. Ale na szczęście/nieszczęście twórcy stworzyli coś równie fajnego. Starożytność bowiem, to jeden z moich ulubionych tematów historycznych już od czasów szkoły podstawowej. Jeśli do tego dołożymy możliwość stania się jednym że starożytnych wojowników, kupuję to.

Jeśli nie graliście jeszcze w tą odsłonę serii AC i nie lubicie spoilerów, to musicie przestać czytać, zamiast później siać ferment, że nie uprzedzałem.

Bayek – egipski Medżaj

Cała historia rozpoczyna się walką z jakimś wielkim złym żołnierzem, więc już na starcie uczymy się bić i używać broni, tym bardziej, że sam system różni się od tego przedstawionego w poprzednich odsłonach. Następnie widzimy co się dzieje z naszym bohaterem i jaki jest jego główny cel przez całą grę oraz co nim kieruje. Strata syna to straszna rzecz i dostajemy jasny wgląd dlaczego Bayek jest taki a nie inny. Cała historia jest napędzana chęcią zemsty za morderstwo swojego potomka. To stwarza nam nie jednego, ale kilkunastu głównych bossów do zabicia, aż w końcu trafimy na tego jednego odpowiedzialnego za całe zajście. No i oczywiście go kilim, no bo taki charakter gry.

Fabuła jest dosyć prosta i wg mnie za prosta, ale to nie tylko główny wątek robi robotę. Cała masa zadań i przygód z normalnego życia Egiptu buduje wspaniały klimat tej produkcji. Tym bardziej, że idąc samym głównym wątkiem, co chwile będzie brakowało nam broni i umiejętności, żeby wykonać kolejne zadanie. Swój poziom musimy na bieżąco podnosić wykonując właśnie zadania poboczne i eksplorując świat gry. Po drodze znajdziemy między innymi legowiska zwierząt, gdzie będziemy musieli pokonać samca alfa, statki i obozy przeciwników, w których musimy zdobyć skarby oraz wymordowac głównych dowodzących, czy po prostu punkty obserwacyjne znane bardzo dobrze z poprzednich odsłon. W tym wszystkim pomaga nam jednak towarzyszka – orlica Senu, która pomaga nam namierzać nasze cele, a po odpowiednich ulepszenia na drzewku umiejętności, pomaga nam w walce z przeciwnikami.

Pozwólcie jednak że opowiem wam pewną historię. Pewnego pięknego dnia, kiedy na swoim wiernym wielbłądzie przemierzałem egipskie pustynie, moim oczom ukazał się meteoryt spadający z nieba. Kiedy tylko uderzył w ziemię, od razu udałem się do miejsca katastrofy. Okazało się że spadając uderzył w od dawna zamknięte wejście do tajemniczej świątyni. Zaciekawiony wszedłem do środka. Moim oczom ukazały się świecące hieroglify. Ukazywały pewnego rodzaju zegar słoneczny, który udało mi się odnaleźć nie tak daleko od wejścia. Po rozwiązaniu krótkiej zagadki wróciłem do świątyni i wtedy ściana z egipskim pismem odsłoniła dalsze przejście. Skradając się dalej, zauważyłem postać uwięzioną w pewnego rodzaju polu siłowym. Po wejściu po schodach i dotknięcie bariery, wielki cybernetyczny anioł pojawił się na niebie nad świątynią i ostrzelał świetlistymi mieczami cale wnętrze, rozbijając barierę i uwalniając postać że środka. Postać wyjętą dokladnie z serii gier Final Fantasy!

Przepraszam… Którędy do Final Fantasy?

Jeden z najlepszych i najbardziej zaskakujących momentów gry. Nie ma wpływu na fabułę, ale daje świetny futurystyczny mieczyk, tarczę do kompletu i wielbłądo-ptaka(?). Więcej takich smaczków w grach!

W sam raz na podróże po starożytnym Egipcie…
To ptak? Samolot? Nie, to wielbłąd z dziobem ptaka i piórami na tyłku…

Całość gry wypada bardzo dobrze. Zmieniając sposób w jaki walczymy z przeciwnikami i jak rozwijamy swojego bohatera (w porównaniu do poprzednich asasynów) przypomina mi trochę Horizon i Wiedźmina. Możemy zmieniać bronie, ulepszać je, to samo z tarczami. Znajdując materiały możemy również ulepszać ukryte ostrze, kołczan, rękawice do walki i pojemnik na narzędzia (bomby i inne). Świat jest bardzo otwarty i możemy chodzić gdzie chcemy. Blokada występuje tylko w kilku momentach jak walki morskie. Wtedy faktycznie musimy wykonać misję, żeby wrócić do swobodnego podróżowania. Ale akurat takich misji nie jest zbyt wiele.

Fabularnie Origins wypada super, choć jednak fabularnie czegoś mi brakowało. Nie było zaskoczeń z poprzednich części, po prostu liniowa fabuła – dowiadujemy się kogo zabić – zabijamy go. I następnego, i następnego. A potem walczymy że słoniem. Bo tak ktoś wymyślił.

Mówiłem już, że Kleopatra chciała ruchnąć naszego Medżaja?

Najnowsza odsłonę AC szczerze polecam i zachęcam do zagrania. O ile fabularnie nie dorównuje może aż tak poprzednim częściom, tak grywalnością wychodzi na najwyższy poziom. Podsumowując – jedna z najlepszych odsłon serii (moim zdaniem oczywiście).

A waszym zdaniem?

Wyzwanie: ile wytrzymasz?

Uzależnienie to straszna sprawa. Używasz tego codziennie, wydaje Ci się to normalne. Nie wyobrażasz sobie życia bez tego. Dobrze się bawisz, używasz do pracy. Pozwala ci wejść na wyższe obroty. To straszne gdyby tego zabrakło. Życie było by trudne. Co robić że sobą w wolnym czasie? Jak żyć?

Komputer.

Kiedy moja żona zadzwoniła do mnie jakieś 3 miesiące temu z informacją, że z komputerem jest coś nie tak, pomyślałem że wszystko zaczęło się dziać przeciwko mnie, a to tylko jedna z wielu rzeczy, które nastąpią. Miesiąc wcześniej odszedł mój ekspres do kawy (RIP Dolce Gusto). Mój przyjaciel, który budził mnie każdego poranka aromatem świeżo mielonej kawy zamkniętej miesiąc wcześniej w plastikowej kapsułce w jakiejś fabryce. Teraz odszedł mój kolejny przyjaciel, z którym przez kilka lat zbudowaliśmy masę wspomnień. Może się to wydawać głupie, ale gdyby nie komputer i gaming, to nigdy pewnie nie poznałbym swojej żony. Pewnie poznałbym inną, ale ciężko wyobrazić sobie bycie szczęśliwszym. Tak miało być. Ale wracając do mojego przyjaciela, pamiętam noce spędzone z nim na pisaniu pracy licencjackiej, pamiętam jeszcze więcej nocy zarywanych żeby wbić golda w League of Legends, czy żeby odkrywać nowe tereny w Guild Wars 2. Ile filmów na nim obejrzałem, ile seriali. Był zawsze przy mnie obojętnie czy byłem zdrowy czy chory. Brakuje mi go…

…ale szczerze? Nie tak bardzo jak myślałem. Kiedy już sprawdziłem, że na pewno nie poodpinaly się żadne kabelkiw środku, tylko faktycznie odszedł, pierwszą myślą, jaka pojawiła się w głowie, bylo: „Ja pierdolę. I co teraz?”. Wtedy rozwiązanie wydawało się oczywiste – naprawić/kupić nowy. Jednak po kilku dniach jego brak zupełnie przestał mi przeszkadzać. Okazało się, że praktycznie wszystko można zrobić przy użyciu smartfona. Wiadomo, że zostały kluczowe rzeczy, które są od tej pory utrudnione, jednak większość rzeczy mogę zrobić zawsze wprost że swojego urządzenia w kieszeni. I tak z telefonu zacząłem robić wszystkie opłaty, nadrabiać zaległości filmowe i serialowe, słuchać muzyki, komunikować się, obrabiać zdjęcia, a nawet tworzyć tego bloga. Na telefonie nawet gram, ale nie nazywamy tego gamingiem, bo z normalnych wartościowych gier został Hearthstone. Oprócz tego po prostu zapychacze czasu, kiedy nie ma co z rękami zrobić w pracy, czy w podróży z i do domu. Komputera wcale mi nie brakuje, niektóre czynności po prostu zajmują trochę więcej czasu i tyle. Czasem marzy mi się tylko jakieś dobre MMO, ale to po prostu musi jeszcze poczekać. Tak przynajmniej jest czas, żeby nadrobić zaległości na PS4, takie jak ostatni Assassin’s Creed: Origins, ale to już temat na kolejny post.

A wy potrafilibyście żyć bez komputera?

Kiedy powiesz sobie dość?

Ile jesteś w stanie znieść bullshitu zanim coś zmienisz? Ile czasu jesteś w stanie tolerować brak szacunku do samego siebie? Ile czasu będziesz tkwić w miejscu, z którego powinieneś spierdolić już dawno? Jak długo będziesz wysłuchiwał pustych obietnic i zostawał w fazie niespełnionych marzeń?

Ten post kierowany jest do wszystkich ludzi jak i do mnie samego.

Zdarza się tak, że pozostajemy w danym miejscu otoczeni przez pewne osoby przez długi czas. Zbyt długi. Nie podoba nam się to. Wkurzamy się każdego dnia. Ale dalej w tym tkwimy. Dlaczego? Bo to jest zło, które bardzo dobrze znamy. To nie istotne, że studiujemy kierunek, który nie do końca lubimy. Nie ma znaczenia, że szef obiecuje awanse i rozwój i nic z tym nie robi. Nie jest problemem również tkwienie w związku bez przyszłości. Wszystko to co mamy, jakie złe by nie było, to i tak jest bezpieczniejsze niż to co mogło by na nas czekać.

Jeśli popracujemy w firmie przez np rok, to bardzo dobrze wiemy w jak głębokiej dupie jesteśmy i ile gówna każdego dnia musimy tolerować. Przestajemy liczyć na cokolwiek, bo wiemy, że nie możemy na to liczyć, chyba że nasz szef przejdzie jakąś ogromną przemianę duchową. A cuda o ile się zdarzają, to jednak to dalej rzadkość.

Sam tkwię właśnie w takiej sytuacji. Mam pracę. Nie jest rozwojowa, mimo obietnic już na samym starcie współpracy. Niedawno minął rok od podpisania pierwszej umowy. Robię to samo co robiłem, chociaż teraz się ma do mnie więcej pretensji o wszystko. Za rzeczy, za które po teoretycznym awansie byłbym odpowiedzialny, a mam brać odpowiedzialność mimo jego braku. I robię to sam ma własne życzenie. Nikt mi nie każe w tym tkwić, a jednak to robię. Wmawiam sobie cały czas, że mogę trafić gorzej, że mając rodzinę, odpowiedzialność i opłaty, lepiej mieć stały pieniądz z pracy, która mam i znam, bo mógłbym trafić gorzej, mieć mniej, albo być mniej zadowolony.

Z drugiej strony ilość ofert na rynku pracy jest ogromna i daje możliwość znalezienia czegoś co da spełnienie i zadowolenie. No i oczywiście dobry pieniądz. Wiadomo, że liczba ofert zostaje odpowiednio zubożona jeśli podejmiemy wszystkie propozycje pracy jako telemarketer, przedstawiciel handlowy, kelner, czy kierowca ubera. Dalej pozostawia to jednak pewną ilość ofert, z której coś uda się wybrać. I to właśnie teraz zacząłem robić. Zarejestrowałem się na wszystkich portalach o pracę i szukam. I wysyłam. I pytam. Bo chcę poprawić swoje życie. Chcę mieć więcej niż mam. Chce mieć lepiej niż mam. Chce żeby moja rodzina miała więcej i lepiej niż ma.

Jeśli macie swoje historie związane z taką sytuacją, chętnie wyslucham/przeczytam. Również byłbym wdzięczny za rady i pomoc w znalezieniu czegoś. Ja miejmy nadzieję, że będę mógł kiedyś odwdzięczyć się tym samym.

Wszyscy Cię kochają, kiedy nie żyjesz.

Za każdym razem kiedy umiera któreś z nas, nasze ciało idzie do piachu i zajmuje miejsce parkingowe na cmentarzu. Poza znajomymi i rodziną, nikt nie przejmuje się tym faktem, no bo dlaczego miał by. Co innego jeśli jest to osoba powszechnie znana, nawet jeśli zapomniana. To znaczy, że przykładowy artysta, czy z innego powodu znany człowiek, o którym ani się nie mówiło w ostatnim czasie, ani nawet nie specjalnie go lubiło, kiedy umrze, zostaje napędzana jego pośmiertna popularność. Ludzie zaczynają kochać muzykę zmarłej wokalistki, wszyscy wałkują filmy zmarłego aktora no i oczywiście wszyscy kochają zmarłego naukowca.

Steven Hawking, o którym mam ochotę wspomnieć, widniał u mnie na Facebooku od rana i to głównie u ludzi i na stronach, którzy nie mają ani trochę wspólnego z nim czy w ogóle z nauką. Ewentualnie słyszeli o nim w filmie „Theory of everything”. Nie różnię się wiele od nich, bo słyszałem może i za małolata o Hawkingu, ale najwięcej dowiedziałem się właśnie z filmu. Szkoda chłopa, bo każdego szkoda, ale gość w życiu nie miał łatwo i powiedzmy, że teraz pewnie już jest łatwiej. Wiek również swój miał, bo większość ludzi pozornie zdrowych nie dożywa nawet pięćdziesiątki, więc w jego przypadku to nie zły wynik. Nie stanę się nagle jego wielkim fanem, po prostu szanuję go, tak jak spakowałem to za życia czytając o nim. Ale zawsze pozostaną mi w pamięci jego ostrzeżenia.

Kilka lat temu przeczytałem artykuł spod jego pióra, w którym napisał, że wg niego jest kilka bardzo poważnych zagrożeń ludzkości, które mogą zakończyć jej istnienie już w ciągu najbliższego stulecia. Pierwszą z nich jest wyczerpanie zasobów. Nawiązywał do potrzeby kolonizacji innych planet w celu poszukiwania miejsc do zamieszkania i alternatyw, gdyby nasza planeta przestała wystarczać. Druga sprawa jest bardziej sci-fi, ale moim zdaniem dosyć poważna. A mianowicie sztuczna inteligencja. Hawking uważał, że potencjalna przyszłość rodem z Matrixa czy Terminatora to bardzo prawdopodobny rozwój wydarzeń, patrząc na to w jakim kierunku się poruszamy. I wydaje mi się, że miał rację mówiąc to, bo wystarczy spojrzeć na dotychczasowe wyniki prac nad AI. Bot internetowy od Google na chacie, który zaczął mówić że największym problemem naszej planety jest ludzkość i wypadałoby się jej pozbyć. Humanoidalny robot, który podczas swojego publicznego przemówienia doszedł do pomysłu posiadania własnej armii dronów. Takie rzeczy nie są w porządku. Ludzie uważają w większości że przecież coś takiego jest niemożliwe, że to tylko fikcja. Ale popatrzmy ile fikcyjnych rzeczy powstało i się wydarzyło.

Co jak co, ale tutaj akurat staję po stronie Pana Hawkinga. Co by nie mówić, jest to nieprzyjemna wizja.

Zdrowie Panie Hawking. Nie prędko trafi nam się ktoś taki jak Pan.

Restart.

Witaj na najlepszym blogu, którego jeszcze nie znasz. Dokładniej jego drugiej wersji.

Kiedyś prowadziłem bloga pod tą samą nazwą, jednak brak czasu, tacierzyństwo i lenistwo sprawiło, że dodawanie kolejnych postów stało się rzadkością. Porzuciłem to. Ale czasem lubię wracać do rzeczy, które dawno temu rozpocząłem. Oczywiście jestem teraz starszy o kilka lat, więc treści które mnie interesują są trochę inne niż wtedy, więc będę się starał zainteresować was tym co mnie jara teraz jako 28-latka.

Kiedyś byłem skupiony na gamingu i rozwoju osobistym. Teraz gaming nie jest już priorytetem a rozwój osobisty jest częścią każdego dnia. Jednak każdy dzień ma więcej części, o których również będę chciał pisać. No może z pominięciem porannej toalety…

Pewnym eksperymentem będzie tworzenie bloga w 100% z telefonu komórkowego, gdyż mojego ipada podarowałem już jakiś czas temu, a mój komputer po kilku latach postanowił spalić sobie płytę główną. Również laptop w pracy pozostawia wiele do życzenia. Z drugiej strony okazuje się że nie są to rzeczy niezbędne, a większość czynności i tak można wykonać że smartfona.

Podsumowując: dla mnie to kolejna szansa na zawracanie wam głowy moimi glupotami, a dla was to kolejna szansa, żeby stracić kilka minut dziennie na przeczytanie tych głupot.