No regrets.

O jeden dzień życia mniej niż wczoraj. Doświadczenia kolejnych chwil dopisane do listy. Mimo wczorajszego rachunku sumienia dalej tkwię w tym samym wszystkim, jak dnia poprzedniego. Chciałbym krzyczeć z wewnętrznej nieporadności, ale szklanka whisky wydaje się koić ten ból wystarczająco, aby zmienić go w ciszę. I w tej ciszy tkwię kolejny raz. Poznając siebie i całe zło życia. Cały obcy dla świat, w którym od zawszę staram się istnieć i akceptować po jednej chwili na raz. Każda moment przeciekający przez palce niczym piasek, które dziecko podnosi swoimi małymi rączkami w miejscu, gdzie kończy się świat, a zaczyna bezkresny ocean. Gdzie jeden krok może uczynić nam różnicę między życiem, a śmiercią. Między światłem, a zanurzeniem się w głębinach. Jedna decyzja, która zaważy o naszym dalszym istnieniu.

To kwintesencja przeszłości doprowadziła mnie do miejsca, w którym się znalazłem. Suma wyborów i decyzji moich i mojego otoczenia od początku mojego istnienia, aż po chwile obecną stworzyła mnie takiego, jakim jestem w tej chwili. Każdy kolejny dzień, czyni mnie bardziej mną, niż kiedykolwiek wcześniej. Każdy kolejny dzień doprowadza mnie do finalnego punktu mojego istnienia, czyli człowieka, którym stanę się w momencie spotkania z kostuchą, która zabierze mnie z tego padołu. Będzie to moment, kiedy nie będzie więcej decyzji. Nie będzie więcej wyborów. Mój czas nadejdzie dokładnie wtedy, kiedy będzie miał nadejść. Ani chwili wcześniej. Ani chwili później. Kim wtedy będę? Sumą swoich wyborów. Efektem wielu lat istnienia. Końcem swojej własnej podróży przez życie.

Ale czy to naprawdę będzie koniec? Czy tylko tym się stanę? Czy zostanie po mnie tylko pył i kurz? Śmiem twierdzić inaczej. Suma moich wyborów i rzeczy, które zrobiłem i robię każdego dnia, będą już zawsze częścią ludzi, z którymi moje życie się połączyło. Moi przyjaciele, koledzy, znajomi, moje miłości i rodzina. Każdego z was dotknąłem. Na każdego z was wpłynąłem mniej, lub bardziej, zmieniając wasze życie na zawsze. Oczywiście odpłaciliście się tym samym. Moje życie zmieniliście nie do poznania. Ciężko wyobrazić sobie kim bym był gdyby nie wy. Co by było, gdyby zabrakło choć jednej osoby z mojej przeszłości?

Gdzie bym się znalazł?

Jaki byłby mój umysł?

Co wtedy bym pisał?

Czy byłbym lepszy czy gorszy?

Odpowiedzi na te pytania zostaną już na zawsze tajemnicą. Tak jak nie możemy zmienić swojej natury, tak nie możemy zmienić już przeszłości. Nie mamy mocy, aby przeżyć swoje życie na nowo, ani naprawić błędów już popełnionych. Nie jesteśmy w stanie nie poznać ludzi, których już mamy, lub mieliśmy w swoim życiu. Kiedyś miałem taką piękną wizję. Co by było, gdybym mógł przeżyć swoje życie na nowo? Cofnąć się w czasie do bycia dzieckiem, zostawiając umysł, który mam w tej chwili. Młody człowiek, ale bogaty w doświadczenia. Dziecko, które przeżyło połowę swojego prawdopodobnego życia, zbierając cały bagaż doświadczeń. Młody człowiek, który wie jak postępować, jakimi ludźmi się otaczać i których błędów nie popełniać. Piękna wizja, która pozwoliła by na naprawienie wszystkich złych rzeczy, które wyrządziłem własnemu życiu. Szansa na stworzenie idealnej przyszłości.

Czyste kłamstwo.

Natura człowieka pozostaje bez zmian. Czy rzeczywiście myślicie, że dostając drugą szansę, przeżylibyście swoje życie inaczej? Ludzka natura jest zawsze taka sama. Nie ma czegoś takiego, jak zmiany. Przynajmniej nie te ważne. Nie te, które są kwintesencją istnienia. Człowiek zły, już zawsze zostanie człowiekiem złym. Człowiek wykorzystujący ludzi, zawsze będzie robił to samo, żeby osiągnąć swój cel, a człowiek naiwny będzie już zawsze dał się wykorzystywać. Nieważne czy w tym życiu, czy w innym. Jesteśmy tacy jakimi uczyniły nas wszystkie wybory, których dokonaliśmy po ten moment. Z tą świadomością możemy iść tylko dalej. W pełni akceptując swoją naturę, możemy otworzyć się na nowe rzeczy, nowe doznania, nowych ludzi i nowe przygody. Na kolejne 365 dni każdego roku i lata życia, zanim wybije nasz koniec. Czy ten czas mamy marnować na wspominanie i przeżywanie przeszłości ponownie i ponownie? Do czego miało by to prowadzić? Mamy sobie wyrzucać błędy już popełnione i złe decyzje, których skutki odczuwamy teraz?

Obudźmy się!

Każda ulotna chwila naszego życia, trwa przez mniej niż ułamek sekundy i już na zawsze zostaje w przeszłości. Każda podjęta decyzja, mimo skutkowania na nasz byt, przemienia się w przeszłość, której już nigdy nie będzie dało się zmienić. Ulotny moment, który składa się na to kim się staniemy w przyszłości. Czy każdą z tych chwil mamy przeżywać i nienawidzić się za te decyzje, które mogą okazać się złe? Dlaczego?

Nie bójmy się mówić ludziom tego, co naprawdę myślimy. Nie starajmy się udawać kogoś kim nie jesteśmy. Nie obawiajmy się mówić ludziom o swoich uczuciach i tym co zawsze chcieliśmy im powiedzieć. Nie miejmy wyrzutów. Inaczej już na zawsze będziemy w pułapce. Na zawsze będziemy zamknięci, przeżywając swoją przeszłość każdego jednego dnia, myśląc, co mogliśmy zrobić inaczej. Jakich błędów nie popełnić. Decyzji, których mogliśmy nie podjąć. Każdy nasz wybór doprowadził nas do momentu, w którym się znajdujemy i zbudował nas ludźmi jakimi się staliśmy. To jesteśmy my. To jest prawda. To jest nasza natura.

Nie bójmy się tego.

Wymarzone życie.

Każdy człowiek, który wie czego chce, ma pewną wizję idealnego życia. Warunków, jakie chciałby mieć przez resztę życia i do coś do czego będzie chciał dążyć. Miejsce zamieszkania, warunki, styl, znajomości, relacje, kariera. Mamy w głowie wiele aspektów naszego potencjalnego przyszłego życia, jeśli wszystko ładnie by się ułożyło oraz jeśli włożymy w to swoją pracę i energię. Jeśli mielibyście wskazać swój sposób na idealne życie, co by to było?

Od wielu latach w głowie siedziała mi pewna wizja mojego idealnego życia. Przede wszystkim mieszkanie w centrum Krakowa. Najlepiej przy samym rynku. Uwielbiam centrum, hałas i wszystko to co się dzieje w sercu miasta. Najchętniej wstając rano i otwierając okna, patrzyłbym na Sukiennice, Kościół Mariacki, lub Wawel. Ewentualnie na jedną z ulic odchodzących od rynku. Wychodząc z domu, siadałbym sobie na porannej kawie w jednej z kawiarni, równocześnie obserwując życie. Ludzi spieszących się do pracy i tych, których praca zaczęła się już wcześniej, żeby tacy jak ja mogli się rozkoszować świeżo paloną czarną. W towarzystwie espresso i dymu papierosa, otwierałbym laptopa, lub brał tablet do ręki i pisał. Tak. Chciałbym być pisarzem. Mógłby to być blog, którego właśnie czytacie. Może całkiem inny. Może byłbym jednym z redaktorów jakiegoś portalu. A może pisałbym książkę. Nie widzę się na pewno w roli poety. O ile poezję doceniam, to jednak nie byłbym w stanie jej tworzyć. Jednak w mojej wizji, moja przyszłość wiąże się z pisaniem. Świetną sprawą byłby nienormowany czas pracy. Wiadomo jednak, że musiałbym być oddany sprawie i mieć dobrze zorganizowany proces twórczy, żeby generować cały czas nowy content, czy zapełniać kolejne puste strony książki.

Marzy mi się ogórek. Pamiętacie stare Volkswageny busy? Po prostu piękność! Nie chodzi o jeżdżenie nim co dzień. Znaczy w sumie czemu nie, ale bardziej zależy mi na posiadaniu go na weekendy i urlopy. Zebrać rodzinkę, czy przyjaciół, czy po prostu dwuosobowy trip z córeczką w losowym kierunku jak będzie wolny weekend. Coś pięknego. Dużo miejsca na bagaż, nawet można by było w nim spać. Nic więcej nie jest potrzebne. A jaka klasa i styl! Eurotrip. To jest takie małe marzenie, albo po prostu cel sam w sobie. Kupić ogórka, odrestaurować go, wziąć córeczkę jak będzie trochę starsza i ruszyć na wycieczkę po Europie na dwa tygodnie, lub miesiąc. Zobaczyć miejsca, które zawsze chciałem zobaczyć, jak i pokazać młodej, że świat jest trochę większy niż jedno osiedle, miasto, czy kraj. Zrobić dla niej to wszystko, czego mi brakowało za dziecka. Jestem pewien, że by jej się to spodobało.

Nie każda część wymarzonego życia ma szanse spełnienia. Dostajemy od życia czasem pewne ciosy, które będą spowalniać nasz proces. Spotkamy ludzi, którzy podłożą nam kłody pod nogi, jak i również zrobimy to sami nie raz, czy dwa. Według większości populacji, na spełnianie marzeń mamy jeszcze dużo czasu. Całe życie przed nami. I tak dochodzimy do momentu, kiedy w pewnym wieku nie mamy siły podnieść się z łóżka, albo dostajemy diagnozę, że jesteśmy ciężko chorzy i zostało nam kilka miesięcy życia. Wtedy dopiero zdajemy sobie sprawę, jak bardzo nie doceniliśmy bezlitosnego upływu czasu. Ile lat zmarnowaliśmy myśląc, że mamy ich jeszcze dużo. Ile rzeczy nie zrobiliśmy, wierząc, że kiedyś znajdziemy czas, aby spełniać swoje marzenia. Czas to zasób, którego nie ma nikt z nas. Dobro, którego nie da się w żaden sposób kontrolować. Jedna z najcenniejszych rzeczy, która upływa ciągle w tym samym tempie 60 sekund na minutę, 24 godzin na dobę i 12 miesięcy rocznie. Ile lat zmarnowaliśmy? Ile okazji przepuściliśmy? Każdy z nas musi odpowiedzieć sobie na te pytania. Każdy musi przeprowadzić własny rachunek sumienia i dostrzec ile przed nim zostało czasu.

Średnia długość życia mężczyzn to około 70 lat, a kobiet około 80. Ja mam 28 lat za sobą. Wnioskując dalej, najprawdopodobniej wykorzystałem już jakieś 40% swojego limitu na tym świecie. Nie wdając się w szczegóły, wiem, że nie wykorzystałem w pełni czasu, który miałem. Wiem, że najpierw tkwiłem na uboczu będąc bardziej zamkniętym człowiekiem, jak i niosąc na barkach dużo większy ciężar niż teraz (dosłownie), co odbijało się tak naprawdę we wszystkich aspektach życia. Wiele lat zajęło mi, aby wreszcie się tym zająć i naprawić samego siebie. Ale to niestety tylko jedna z rzeczy. Mam ogromny problem z tkwieniem za długo w jednym miejscu. W konkretnej firmie. W konkretnym stanie świadomości. W problematycznych relacjach. I cały czas pomijam rzeczy niezależne ode mnie. Bo to czy ktoś narobi mi problemów, czy zrobi coś co zaszkodzi jakości mojego życia, to jedno. Ale za większość rzeczy jestem odpowiedzialny ja sam. Nikt mi nie karze tkwić w pracy, która nie daje mi pełnej satysfakcji. Nikt nie zabrania mi zarabiać większych pieniędzy i się rozwijać. Nikt nie wstrzymuje mnie przed zmianą mieszkania i poprawiania warunków swojego życia. Nikt nie zabroni kupić mi wymarzonego ogórka. Wszystko zostaje tylko w moich rękach.

Do ukończenia 30 roku życia został mi rok i 3 miesiące. Wiem, że jest to kluczowy okres w moim życiu. Im będę starszy, tym bardziej będę pogodzony ze stanem, w którym się znajduję. Im dłużej będę w czymś tkwił, tym bardziej będę uważał to za stan normalny i taki, który ma być i trwać. W ciągu najbliższego czasu czeka mnie wiele zmian. Wiele spraw do rozwiązania i wiele błędów do naprawienia. Rachunek sumienia już zrobiłem. Jestem w pełni świadom co robiłem nie tak. Wiem o złych decyzjach, które podejmowałem i o dobrych rzeczach, które mogłem zrobić, a nie zrobiłem. O ludziach, których próbowałem na siłę uszczęśliwiać, zamiast po prostu się od nich odciąć, bo ciągnęli mnie w dół jak kotwica.

Wiem co robiłem.

Wiem czego pragnę.

Wiem co chcę osiągnąć.

Liczy się to co mogę zrobić teraz, żeby kiedyś mieć to co sobie wymarzyłem.

S.

Bliskość.

Po czym poznajemy ludzi bliskich sercu. Więzy krwi? Rodzina? To samo miejsce zamieszkania? Ta sama osobowość, czy podobne zainteresowania? Czy to właśnie łączy ludzi? Może. Ale czym jest prawdziwa bliskość?

Wątpię żeby dało się to tak prosto wytłumaczyć. Nie ma 10 punktów, w których można ocenić czy jest się z kimś blisko. Nie ma reguł, które wpoją nam rodzice, czy wychowawca w szkole, jak ocenić ludzi. To jest coś co czujemy. Jakaś wewnętrzna świadomość, że przy danej konkretnej osobie czujemy się lepiej. Są ludzie, którzy samym swoim towarzystwem potrafią poprawić nasz nastrój i naprawić całe zło wyrządzone nam w danym dniu, tygodniu, czy w życiu. Nieważne, czy znamy kogoś chwile, czy jest to osoba towarzysząca nam przez całe lata. Żeby być z kimś blisko, czasem wystarczy już kilka minut rozmowy. Tak naprawdę po kilku wymienionych zdaniach wiemy już, czy z daną osobą dobrze nam się rozmawia, czy chcemy się przed kimś otworzyć. Jasne, że nie zawsze jest to bezpieczne. Nie wiemy, czy ktoś po drugiej stronie nie ma założonej maski troskliwego dobrego człowieka, który przy chwili naszej słabości nie będzie chciał nas wykorzystać. Sprawić żebyśmy stali się podatni, a następnie uruchomić swój wielki plan. Obojętnie czy chodzi o seks czy o pieniądze, czy po prostu różne przysługi. Przykładowo wielu facetów udaje zainteresowanie nowo poznaną kobietą, mówi czułe słówka, po to żeby doprowadzić do zaspokojenia zwierzęcych potrzeb, jakie każdy z nas ma. Z drugiej strony kobiety, które będą się łasić do facetów z Tindera, bo mają umięśnione ciało, noszą drogie ciuchy i jeżdżą starą Betą bo tuningu. Byle by móc się pokazać. Byle by móc w przyszłości dostawać drogie prezenty i być traktowaną jak księżniczka.

Oczywiście, nie wszyscy tacy są. To tylko przykłady, że zawsze jest ryzyko. Nie zawsze trafimy na kogoś szczerego, nawet jeśli sprawia takie wrażenie. Jednak dalej nie jest to powód, żeby kogoś przekreślać na starcie. Może już od pierwszej rozmowy uda się złapać takie porozumienie, że będziemy w stanie otwarcie mówić o swoim życiu i problemach. Tym bardziej, że czasami łatwiej porozmawiać o tym z kimś obcym, niż z przyjacielem od wielu lat czy rodziną. Właśnie dlatego długoletni staż znajomości nie oznacza bliskości. Nie licząc najbliższej rodziny, mam w swoim życiu ludzi, których znam po ponad 20 lat. A ilu z nich nazwę bliskimi? Pewnie zmieściliby się na palcach jednej stopy, czy innej ręki. Czy to mało? Wolę kilku prawdziwych przyjaciół, niż tabun ludzi, którzy w ogólnym rozrachunku nawet się nie przejmą kiedy zniknę.

Przeprowadziłem kiedyś eksperyment. Tak naprawdę przez przypadek. Chciałem poczuć chwilę prawdziwej wolności. Odciąć się od świata na kilka dni. Wyłączyłem internet w telefonie, a co z tym idzie facebooka, instagrama, snapchata, messenger. Tak sobie funkcjonowałem przez jakiś tydzień. Oczywiście towarzyszyła mi muzyka z youtuba, czy internet w pracy do sprawdzania rezerwacji. Ale odciąłem się od wszystkich social mediów w swoim prywatnym świecie. I co się okazało? Z wielu osób, z którymi mam kontakt praktycznie każdego dnia, zostały dwie, które w ogóle w ciągu tego tygodnia się odezwały. Sprawdzenie tego nie było celem samym w sobie. Po prostu akurat udało się to przypadkiem. Okazuje się, że ludzie zauważają nas głównie wtedy, kiedy żyjemy online. Kiedy na naszym instastory pojawiają się nowe wrzutki, kiedy wysyłamy ludziom snapy, czy udostępniamy na facebooku, to gdzie się właśnie znajdujemy, jak się bawimy, albo jak pięknego burgera dostaliśmy w restauracji. Kiedy ludzie tego nie widzą, zapominają o nas. Potrzeba kogoś prawdziwie bliskiego, żeby przejął się faktem, że nie ma z nami kontaktu od kilku dni. Bardzo łatwo wtedy określić czy mamy przyjaciół, czy fanów na portalach społecznościowych. I niestety z reguły się rozczarujemy. Zachęcam do takiego eksperymentu, jeśli oczywiście wytrzymacie. Sam korzystam z tych portali na co dzień, wrzucam zdjęcia czy filmy, rozsyłam różne rzeczy do znajomych. Fajna sprawa, jasne. Jestem częścią tego wszystkiego. Ale do moich bliskich odzywam się obojętnie ich obecności, czy odcięcia od internetu. Bo taką bliskość warto utrzymywać mimo wszystko.

Czy warto poświęcać jedną znajomość dla drugiej? Czy warto je porównywać? Czy od osoby bliskiej warto wybrać jeszcze bliższą? Wydaje mi się, że ograniczanie się nie prowadzi do niczego dobrego. Każdy człowiek potrzebuje znajomych, przyjaciół i bliskich. Oczywiście jeśli ci wszyscy darzą szacunkiem, na który zasługujemy. Czy to, że przy jednej osobie czujemy się lepiej i uznajemy, że możemy się przed nią otworzyć, to znaczy, że mamy przekreślić innych, których do tej pory uważaliśmy za bliskich? Wątpię. Powinniśmy być otwarci na ludzi. Powinniśmy pielęgnować znajomości, które są tego warte. Przyjąć nowych ludzi do swojego grona, jeśli na to zasługują, a odcinać się tylko od tych, z którymi znajomość stała się po prostu toksyczna i nie warto na siłę ich trzymać, żeby psuli nasze życie.

Byle byśmy nie byli sami. Chociaż samotność może się wydawać lepsza, niż bycie otoczonym przez fałszywych ludzi, czyż nie?

Zdolność do zmiany.

Natura człowieka. Pierwotna cząstka. Zamiast tabula rasa, od chwil narodzin istnieje w nas pewien zaczątek osobowości. Cechy odziedziczone po rodzicach i pozostałych przodkach. Rzeczy, których nie jesteśmy świadomi w tak młodym wieku, ale które zaczynamy zauważać z czasem. Początek naszego „ja”. Początek istnienia na tym świecie. Tego życia. Od pierwszego uderzenia serca i do ostatniego tchu kształtujemy siebie. Kształtuje nas również otoczenie. Inni ludzie. Cały świat. Zmieniamy się. Ewoluujemy. Mniej lub bardziej dopasowujemy się do coraz to nowszych standardów.

Ale czy tak naprawdę się zmieniamy?

Głęboko zakorzenione wartości towarzyszą nam każdego dnia. Pewien zestaw zachowań i cech charakteru, który zbudowaliśmy po dziś dzień. Z tym wszystkim żyjemy, doświadczamy, funkcjonujemy. Z tym wszystkim przeżywamy kolejne lata, uczymy się nowych rzeczy, poznajemy nowych ludzi. Wszystko czego doświadczymy wpływa na nas. Ale czy zmienia to naszą naturę? Mówimy ładne słowa, myślimy, że jesteśmy zdolni do wielkich przemian i możemy żyć w całkowicie inny sposób. I gramy. Zakładamy maskę, mówiąc, że jesteśmy innymi ludźmi niż byliśmy dnia poprzedniego. Używamy mocnych słów, żeby podkreślić swoją zdolność do wielkich rzeczy. Ale tak naprawdę jesteśmy małymi ludźmi w przebraniu z wielkich słów, które mają ukryć nasze prawdziwe „ja”. Naszą naturę. Nosząc taką maskę, funkcjonujemy. Żyjemy. Robimy wszystko to, co robiliśmy do tej pory, ale lepiej. Bo przecież możemy być lepsi. Tak sobie wmawiamy. Tak twierdząc, wierzymy, że wszystko dookoła również jest skłonne do zmian. Skłonne do bycia lepszym, bardziej wartościowym. I tak wierzymy, że to kłamstwo, które wmawiamy sobie, w przypadku całego świata będzie prawdziwe. Ale kłamstwo powtórzone milion razy nie staje się prawdą.

Nie ma zmian. Pozostajemy dokładnie tacy sami, przez cały czas, jaki spędzimy wśród żyjących. Dokładnie tacy, jak nasza natura. Przy różnych okazjach przywdziewamy maski. Będąc introwertykami, wychodzimy do ludzi. Będąc złymi, udajemy dobrych. Mając skłonności do zdrad, udajemy wiernych. Będąc obojętnymi, udajemy oddanych. Zakładamy maski, zamiast być takimi jakimi jesteśmy każdego jednego dnia. Okłamujemy najbliższych, twierdząc, że będziemy innymi ludźmi. Ale po czasie natura wygrywa. Zaczynamy robić wszystko to, czego sztucznie próbowaliśmy się wyzbyć. Ale nikt nie potrafi oszukać samego siebie. Każdy w końcu wraca do korzeni własnej osobowości. Do tej pierwotnej cząstki mówiącej mu co ma czynić, jak żyć i właściwie kim jest i jakie jest jego zadanie w doczesnym świecie. Z powrotem stajemy się źli, zamykamy się w sobie, zdradzamy, przestajemy darzyć uczuciem. Po wielkich słowach zostaje tylko wspomnienie. Po niespełnionych obietnicach – smutek. Odchodzi również zaufanie jakim mogliśmy darzyć ludzi, dopóki nie wrócili do swojej pierwotnej natury.

Żyjemy licząc, że otaczający nas świat jest skłonny do zmian. Zamiast akceptować wszystko takie jakie jest, czekamy aż wszystko zmieni się tak, żeby odpowiadać naszym wyobrażeniom idealnego życia. I mylimy się. Bo nie taka jest natura. Nie taka kolej rzeczy. Ludzie zostają tacy, jacy zawsze byli. Świat zostaje taki sam. Zatacza ciągłe koła, zapowiadając zmiany, ale ostatecznie wracając do punktu wyjścia. I tak było zawsze i tak również będzie. Nieprzerwany wieczny cykl.

Akceptujmy ludzi jakimi są. Akceptujmy ich naturę. Jeśli nie jesteśmy w stanie tego zrobić, to dajmy sobie spokój już na starcie. Przecież widzimy jacy są. Czy jesteśmy sobie w stanie pozwolić na to, żeby ich wady skrzywdziły nas w przyszłości, kiedy już ściągną maski? Czy sami z własnej woli jesteśmy gotowi nastawić się na przyszłe cierpienia? Czy jednak lepiej po prostu być chociaż raz w życiu szczerym samym ze sobą i żyć w zgodzie ze swoją naturą, nie krzywdząc przy tym innych?

Akceptujmy świat jakim jest. Nie zmienimy go. Żyjemy w erze ciągłych przemian. Erze powtarzających się historii, gdzie z góry możemy przewidzieć co się wydarzy. Jeśli marzymy o zmianie świata, to sami bądźmy tą zmianą, w zgodzie z własną naturą i przekonaniami. Nie przybierajmy masek. Nie próbujmy stawać się kimś, kim nie jesteśmy. Chociaż raz bądźmy prawdziwi.

Wianki i przemyślenia.

Wianki. Coroczna impreza nad Wisłą i nie tylko, która kojarzy się z dobrą muzyką, masą ludzi, świecącymi akcesoriami na ludzkich głowach i pokazem fajerwerków na sam koniec. Wiele lat temu, głównym celem podczas takiego wypadu na miasto w czerwcu, było znaleźć sobie dobre miejsce, otworzyć butelkę pepsi, w której w proporcjach 50-50 oprócz pepsi znajdował się alkohol i po prostu odprężyć się, delikatnie odpłynąć i czekać na pokaz sztucznych ogni. Nie pamiętam kiedy był pierwszy z takich wypadów, ale z tego co pamiętam, nie byłem wtedy pełnoletni. Siadało się więc bardzo daleko od tłumów i nikomu nie zależało, żeby widzieć artystę na scenie. Sam klimat wypadu nad Wisłę nocą, w towarzystwie znajomych (i nieznajomych) to było już wystarczające. Oczywiście zawsze pojawiał się problem, kiedy wszystko się kończyło. Taksówki nie szło zamówić, a autobusy były pełne ludzi poprzyklejanych twarzami i kończynami do szyb, chociaż niektórzy dalej próbowali się wciskać. No bo może się uda, a człowiek który próbował się wcisnąć przed chwilą, po prostu ma za mało siły przebicia. Wianki kończyły się więc pielgrzymką do domu, a z racji, że każdy z nas był znieczulony, to nikt nie widział w tym problemu. Takie o spędzanie czasu ze znajomymi. Kilka wypadów później, coraz częściej chodziło się na same fajerwerki tak naprawdę, bo koncertów albo nie było, albo muzyka nie należała za bardzo do naszego klimatu. A sztuczne ognie zawsze warto zobaczyć, szczególnie tak świetny pokaz jak co roku na wiankach.

Wczoraj odbyła się kolejna edycja i mimo koncertu OSTR na scenie na rynku i koncertu Brodki na scenie na Powiślu, jakoś odpuściliśmy i skupiliśmy się na piwku i samych fajerwerkach. Pokaz był wspaniały. 13 minut kolorów, wybuchów, rozprysków, fontan i wielu rzeczy, które mógłbym mówić, a nawet nie naruszyłbym zajebistości jakimi są takie pokazy. Po prostu trzeba to zobaczyć na żywo, bo nawet film, snap czy nagrywka na instastory nie odda nawet w małym ułamku tego co się odczuwa w rzeczywistości.

Dodatkowo dowiedziałem się wreszcie wczoraj od koleżanki, jaka jest historia tych obchodów. No bo skądś się to wzięło. Taka wieloletnia tradycja.

Wiła wianki i puszczała je do falującej wody…

Okazuje się, że właśnie w czerwcu w Noc Świętojańską, wolne dziewczyny (panny) puszczały własnoręcznie wykonane wianki na rzekę i w zależności co się z tym wiankiem stało, pannę czekała miłość, lub staropanieństwo, lub też w przypadku kiedy wianek się zniszczył po drodze, lub wypaliła świeczka, utratę miłości. W tych czasach mało kto już puszcza wianki w celu wywróżenia sobie przyszłości. Została tylko tradycja, a nawet same wianki często są splotem kabli, ledów i sztucznych kwiatów, które mają być tylko ozdobą na ten konkretny dzień. Dobra szansa na zarobek.

Po wiankach, po przebiciu przez tą wielką pielgrzymkę ludzi spieszących się, żeby zająć ostatnie wolne miejsca w autobusach, trafiliśmy na Bracką.

Trafiliśmy do Cafe Kratka, gdzie nigdy wcześniej nie byłem, a okazuje się, że będę tam pewnie często. Przyjemny klimat, dobra muzyka (The Black Keys FTW!), przyjazne ceny, miły barman. Usiedliśmy i podumaliśmy. Nad życiem, nad ludźmi, nad związkami, nad sensem wszystkiego i polską służbą zdrowia. Doszliśmy do wniosku – przerąbane to życie, ludzie, związki i służba zdrowia.

A sens? Sens gdzieś tam jest 😉

Szczęścia.

100 rzeczy do zrobienia przed śmiercią.

Dawno, dawno temu usłyszałem o filmie pt „Bucket list”. Zabierałem się do niego przez kilka lat i obejrzałem go dopiero w ostatnim czasie. W skrócie, opowiada o dwóch facetach w podeszłym wieku, którzy są dosyć poważnie chorzy i nie mają co się spodziewać wielu lat życia przed sobą. Jeden z bohaterów, grany przez Morgana Freemana, to skromny mężczyzna, który całe życie pracował fizycznie, ma rodzinę i stara się być za wszelką cenę dobrym człowiekiem. Drugi z bohaterów, grany przez Jacka Nicholsona, to biznesman, który uznał, że można wszystko mieć przy pomocy gotówki, jego rodzina się rozpadła i szczerze – nie przywiązywał do niej specjalnej wagi. Dwa skrajne światy zostają połączone tym samym problemem – nowotworem. Udaje im się dojść do pewnego porozumienia i nawiązują ze sobą wspólny kontakt. I nagle przewija się tytułowy „Bucket list”, czyli lista rzeczy do zrobienia przed śmiercią. Grzeczniejszy z bohaterów zaczyna zapisywać pewne szczytne cele, które chciałby zrobić w ostatnich miesiącach/latach swojego życia. Drugi podłapuje pomysł, ale zaczyna zapisywać tam rzeczy bardziej polegające na doznaniach, czy po prostu rozrywce, między innymi skok ze spadochronem, czy pocałowanie najpiękniejszej dziewczyny na świecie.

Wielu z was pewnie nie oglądało tego filmu, więc potraktujcie to jako najzwyklejszy wstęp, bo największe znaczenie ma to co dopiero dzieje się później. Jest to bardzo emocjonalny film i szczerze, powinien być u każdego na liście filmów do obejrzenia. Dla mnie stał się ważny przede wszystkim dzięki idei. Lista rzeczy do zrobienia w życiu. Coś pięknego. Robimy wiele rzeczy każdego jednego dnia, choć większość z nich to tylko powielane czynności z poprzednich dni. Często zapominamy o nowych doznaniach, jak i z drugiej strony zrobieniu czegoś dobrego dla innych, póki mamy okazję i zdrowie na to. Pomyślałem, że sam stworzę taką listę. Spis rzeczy, które chciałbym w życiu zrealizować. Część jest tylko rzeczowa czy finansowa. Na zasadzie kupna czegoś, czy w jakiś inny sposób wydania na to zarobionych pieniędzy. Część jest stworzona po to, żeby sprawdzić swoje możliwości i naruszyć swoją strefę komfortu. Zobaczyć do czego jestem zdolny. Są też punkty na liście, które dotyczą po prostu czegoś głupiego. Coś szalonego, co można zrobić chociaż raz w życiu. No i do tego dochodzą zagadnienia związane ze zrobieniem czegoś dla innych.

Przykłady z mojej listy:

  • Skok na bunjee (taka podstawa, która znajdzie się na każdej liście tego typu)
  • Skok ze spadochronem (j.w.)
  • Naga kąpiel w morzu/jeziorze (no bo czemu nie)
  • Wycieczka bez żadnego planu w losowym kierunku
  • Zafarbować włosy chociaż raz w życiu
  • Otworzyć własną firmę
  • Śpiewać na środku ulicy, tak żeby wszyscy słyszeli
  • Więcej tatuaży (:>)
  • Wycieczka do USA
  • Bezinteresowna pomoc obcemu człowiekowi

Jest wiele rzeczy, które mam, ale jednak nie jest tak łatwo spisać 100 rzeczy na takiej liście. Co jest ważniejsze, a co w ogóle nie przychodzi do głowy. Mam jeszcze czas, ważne żeby powoli realizować te punkty. Niektóre można zrobić od razu, niektóre będą możliwe dopiero za kilka lat. I nie traktuję tego jako listę rzeczy do zrobienia przed śmiercią. Nie. Po prostu lista rzeczy, które chcę zrobić, nieważne czy zajmą one rok, czy 30.

A wy? Macie takie listy? Co byście dodali? Co byście zamieścili na takim spisie? Może znajdę jakąś inspirację 😉

Szczęścia.

Kiedy o tym zapomnisz?

Minął ponad miesiąc od mojego ostatniego wpisu. Trochę pozmieniało się w moim życiu i trochę rzeczy trzeba było sobie wziąć na spokojnie. Byłem w dołku, nie jestem w dołku, chwytam życie za jaja, bo tak trzeba. Nie ma sensu wam tego tłumaczyć, bo kto jest mi bliski ten wie, a kto po prostu mnie zna, czy czyta bo tak, to niech wie, że rodzina i prywatność nie jest na sprzedaż, ani nie powinno się jej używać w celu zwiększenia sobie aktywności na blogu, instagramie, czy swoim fanpage’u na fejsie. Nie będę się tłumaczył dlaczego nie miałem siły pisać. Po prostu ostatni miesiąc dał mi wiele odpowiedzi na temat samego siebie, na temat priorytetów i co w życiu jestem w stanie tolerować, a z czym się po prostu nie pogodzę. Tak w skrócie.

A nie w skrócie?

Przez ostatnie kilka lat się zasiedziałem. I to konkretnie. Wygrana w walce o jak najlepszego samego siebie, została lekko mówiąc zaprzepaszczona przez ostatni czas. Zarówno mentalność, jak i forma podupadły. Przyzwyczaiłem się do stabilności w moim życiu i może faktycznie przestałem o siebie dbać. Może przestałem dbać o swoje otoczenie. Nawet najbliższych. Nie mówię, że każdy człowiek tak postępuje, ale walcząc dla samego siebie jesteśmy w stanie więcej energii zainwestować niż robiąc to dla kogoś. A jak już mamy pewną stabilizację i inni akceptują nas takich jakimi jesteśmy, to czasami okazuje się, że zapuszczamy się. Kobiety przestają robić przysiady, faceci więcej czasu spędzają na piciu piwa przed telewizorem, co w obu przypadkach skutkuje utratą formy. A uczucie? Życie z drugą osobą?

Bardzo spodobało mi się kiedyś opowiadanie, które znalazłem gdzieś w internecie. Ktoś opowiadał o swoich dziadkach i tego jak bliską są ze sobą, mimo upływu połowy wieku od zawarcia przez nich małżeństwa.

Mimo tak długiego czasu, mój dziadek patrzy na moją babcię tak, jakby widział ją po raz pierwszy.

Nie widziałem jeszcze nigdy czegoś takiego i jest to jedna z najpiękniejszych rzeczy, które przeczytałem. Nie będę słuchał, że kiedyś było lepiej, że związki się pielęgnowało, że się walczyło. Długoletnie związki, a z drugiej strony rozstania, towarzyszyły ludziom od zawsze. Tak kiedyś, jak i teraz. Może teraz więcej ludzi jest odważnych? Nie wiem. Druga sprawa, że w dobie rozwijającej się technologii i wszędobylskiego internetu, po prostu więcej widzimy tego, czego nie widzieliśmy kiedyś. Kłótnie, rozstania, rozwody są wywlekane pod opinię publiczną, gdzie każdy może się wypowiedzieć i opowiedzieć po jednej ze stron. Działa to zarówno wśród celebrytów, jak i ludzi prywatnych. Każdy szuka wsparcia dla swoich racji i ludzi, którzy powiedzą:

  • dobrze zrobiłeś, że z nią zerwałeś,
  • dobrze, że kopnęłaś go w dupę, przecież cię zdradzał,
  • całe szczęście, że się rozstaliście, nie pasowaliście do siebie,

I cała masa innych stwierdzeń, które powie przyjaciel, przyjaciółka, mama, tata, brat, siostra, pani z warzywniaka na rogu, czy sąsiad, lub sąsiadka. Bo każdy ma coś do powiedzenia na temat innych ludzi, mimo że każdy ma swoje problemy w swoim życiu, których nie może rozwiązać. Czasami mniejsze, czasami większe, ale nikt nie ma czystego konta. Nawet dziecko, świeżo po urodzeniu ma już pewien bagaż, a mianowicie bagaż rodziców, który chcąc nie chcąc będzie musiało nosić przez resztę życia, mimo że będąc małym nie jest tego jeszcze świadome.

Ale skąd się wzięło pytanie z tytułu posta?

Mamy ważne dla siebie miejsca, mamy ważnych dla siebie ludzi i mamy ważne dla nas rzeczy, które robimy, które poniekąd nas napędzają i przypominają nam kim jesteśmy i skąd przyszliśmy. Każdy człowiek, którego spotkaliśmy na swojej drodze ukształtował nas na ludzi, jakimi teraz jesteśmy. To samo tyczy się rzeczy, które nas spotkały, czy miejsc, w których w pewnym momencie w przeszłości się znaleźliśmy. Czy każda rzecz wpłynęła na nas pozytywnie? Oczywiście, że nie. Przecież nikomu nie przydarzają się tylko dobre rzeczy. Ale źli ludzie i zła przeszłość poniekąd utwardzają nam dupę, jeśli tylko odpowiednio to zrozumiemy. Oczywiście, że jeden człowiek dostanie kopa od życia, załamie się, nigdy więcej nie wyjdzie z domu, będzie myślał o tym co stracił i będzie żył dopóki życie wspomnieniami utraconej przeszłości nie wyssie z niego resztek chęci na przyszłość. Z drugiej strony będzie drugi człowiek, który straci pracę, żona zostawi go dla innego, dzieci go znienawidzą, nawet wcześniej wspomniana Pani z osiedlowego warzywniaka popatrzy się na niego krzywo. Ale on będzie inny. On będzie wiedział, że to tylko przeszłość. Wszystko co go spotkało tylko ukształtowało go jakim się stał, ale przed nim przyszłość. Lub nie wybiegając tak do przodu – teraźniejszość.

Zamiast się załamywać, wyciągam wnioski. Wiem na co nie mogę już sobie pozwolić. Wiem jakich ludzi nie mogę wpuścić do swojego życia, albo jakich ludzi muszę ze swojego życia wyrzucić. Wiem o co muszę dbać i co jest dla mnie najważniejsze. Nie jestem idealny, daleko mi do tego i nigdy taki nie będę. Bo nikt nie będzie. Ważne, żeby znaleźć kogoś kto zaakceptuje nas takich jakimi jesteśmy, jak i my zaakceptujemy kogoś takim jakim jest. Bez wyjątku. Bo ludzie się nie zmieniają. A co najwyżej delikatnie. Jeśli ktoś był skłonny zrobić coś po kilku latach, to tak naprawdę siedziało w nim to już od samego początku. Ważne, żeby ze swojej strony starać się być jak najlepszą wersją samego siebie, ale DLA SIEBIE. Dla nikogo innego. Bo jeśli my będziemy dbać o siebie, to świat wokół nas będzie lepszy. Bo jeśli my będziemy lepsi, to nasz mały świat, który budujemy wokół siebie, również będzie na wyższym poziomie.

Ważne, żeby nigdy nie zapomnieć o tym co nas spotkało. Bo po pierwsze to niemożliwe i nie warto się nawet starać. Po drugie, każde doświadczenie jest ważne dla nas, bo czegoś nas może nauczyć. Po trzecie, dzięki temu znaleźliśmy się w miejscu, w którym jesteśmy i gdyby nie to, po prostu nie było by nas takich jakimi jesteśmy. Nie ma co żyć przeszłością. Nie ma co rozpamiętywać. Ważne, żeby ją zaakceptować i być dzięki niej mądrzejszym.

Szczęścia.

PS.:

Jeśli chodzi o efekty miesięcznych przemyśleń dotyczących mnie i zmiany swojego życia:

  • siłownia (lepsza sylwetka)
  • dieta (j.w.)
  • poznawanie nowych ludzi (trzeba rozszerzać swoje horyzonty)
  • czytanie i pisanie
  • lista 100 rzeczy do zrobienia w życiu (jak dotąd mam koło 40, ale wszystko przede mną)
  • zadbanie o porządek w swoim życiu (czyli zarówno w kwestii fizycznej, jak porządek w mieszkaniu i pewna organizacja, jak i w kwestii uporządkowania zalegających spraw)
  • odrobina szaleństwa i robienie co najmniej jednej głupiej/nieodpowiedzialnej rzeczy
  • bycie jak najlepszą wersją samego siebie. Dla siebie.

Szczęście.

Dawno dawno temu, na pierwszej wersji tego bloga napisałem post o tym co udało mi się odkryć. Kwestia ludzkiego szczęścia. W dzisiejszych czasach ludzie oceniają swoje szczęście przez posiadanie różnych dóbr, osiągnięć, jak i warunkują to od swoich relacji z ludźmi. Wnioskując dalej, najszczesliwszą osobą byłby posiadacz najnowszego iphona, ciuchów najlepszych marek, stanowiska kierowniczego w większej firmie i z przepiękną partnerką/przystojnym partnerem u boku. Czy to jest szczęście? Tak. Jasne, że tak. Jeśli ktoś warunkuje swoje szczęście przez te cechy, to jasne że tak. Gorzej, że takie szczęście można stracić. Praca się posypie, nie będzie gotówki na nowe ciuchy i gadżety, mąż czy żona zawsze może zostawić swojego partnera. I szczęście przepada. I co wtedy? Umartwienia się. Depresja. Koniec wszystkiego i utrata sensu życia.

Teraz druga sytuacja i właśnie moje odkrycie. Pewnie nie odkrylem Ameryki i nie wymaga to opatentowania, ale sądzę iż mało kto jeat świadom czegoś takiego. Uznałem, że szczęście to stan który można mieć, lub nie. I to zależy tylko i wyłącznie od człowieka. Można chcieć być szczęśliwym i po prostu to zrobić, zamiast uwarunkowywać to rzeczami materialnymi czy ludźmi. Nic nie jest potrzebne do szczęścia. To jest w każdym człowieku. I takiego bezwarunkowego szczęścia nie da się stracić póki człowiek nie zatraci samego siebie. A kiedy człowiek jest szczęśliwy, to to jest zauważalne przez otoczenie. Szczęśliwy człowiek będzie lepiej patrzył na świat, lepiej pracował, będzie efektywny i będzie pełnił lepszą rolę w rodzinie.

A co z marzeniami? Ktoś mi ostatnio powiedział, że jeśli człowiek porzuca swoje marzenia, umiera. I jest to najgłupsza rzecz jaką w tym tygodniu usłyszałem. Oczywiście na poczatku mądrość, oh ah. Ale po zastanowieniu. Marzenia. Kolejny warunek szczęścia dla masy osób. Dopóki nie zrealizuje swoich marzeń, nie będę szczęśliwy. Kurwa. Bądź szczęśliwy i dopiero weź się za marzenia. Poczuj szczęście całym sobą. Uśmiechnij się bez powodu. Zrób coś głupiego. Zachowaj się jak dziecko w sklepie z zabawkami. Bo inaczej jeśli jest jedna rzecz na której opierasz swoje szczęście, to wystarczy że ktokolwiek lub cokolwiek zabierze tą właśnie jedną rzecz i jest po robocie. Po wszystkim. Twoje życie nie ma sensu. Miło że byłeś z nami przez te lata.

Bądźcie kurwa szczęśliwi. To jest najważniejsze w życiu. Nauczcie swoje dzieci tego samego. Stwórzmy pokolenie, które nie będzie tak negatywnie nastawione do świata i nie będzie morzem hejtu na wszystko i wszystkich. Miłość to miłość. Uczmy się być szczęśliwi bezwarunkowo. Szukaliscie sensu życia? Oto on.

Dziękuję dobranoc.

Chwila wytchnienia.

Blisko 2 tygodnie przerwy od pisania. Coś strasznego… Ale w sumie nie żałuję. A wiecie czemu? Bo w przeciągu tych kilkunastu dni bardzo oczyścił mi się umysł. Udało się spotkać z przyjaciółmi, udało się zrobić wypad za miasto na grilla razem z dziewczynami i odetchnąć od hałasu i zgiełku. Kocham miasto i mógłbym mieszkać przy samym krakowskim rynku, ale raz na czas fajnie po prostu uciec. Tym bardziej jak jest taka ładna pogoda.

W plecaku noszę książkę pt „Unfuck yourself” z zamiarem przeczytania i naprawy swojej bani i podejścia do życia. Jeszcze nie zacząłem, ale tytuł chwytliwy to i nabyłem ją drogą kupna. Recenzja pewnie na dniach. Zobaczymy czy książka o fajnym tytule może pochwalić się też fajną treścią.

Do diety oczywiście czas było wrócić po raz kolejny, no bo grill, piwko, grzeszki różne, no to trzeba naprawić. Ale warto było, bo tradycyjnych wypadów na działeczkę że znajomymi nie miałem już od 2 albo 3 lat.

Takie rzeczy przypominają, że czasami w życiu trzeba zwolnić i rozkoszować się momentami, które na zawsze zostają niezapomniane. A widząc moja córeczkę wrzucającą kamyki do rzeki i biegającąpo trawie na słoneczku z uśmiechem na ustach to to, co się chce widzieć częściej. A teraz będziemy zabierać się za naukę jazdy na rowerze, także już się nie mogę doczekać weekendu.

Sonic Forces – recenzja

Wiecie jak to jest, kiedy wszystko układa się dobrze, żyjecie sobie miło i przyjemnie, ale nagle przybywa wasz najgorszy wróg i planuje przejąć cały świat? Ja też nie. Ale tak zaczyna się właśnie najnowsza odsłona serii z niebieskim jeżem w roli głównej.

Sonic Forces to świeży tytuł serii, która swoje początki miała za czasów konsol do gier firmy Sega i można było ja znaleźć na czarnych kartridżach pasujących kolorystycznie do konsoli. Taki NES, tylko taki trochę bardziej nie. Pamiętam czasy kiedy takie konsole można było znaleźć w wypożyczalniach kaset VHS i za oplata można było sobie ja przywłaszczyć na 24h. Piękne czasy.

Pierwsze odsłony Sonica ukazywały to w świecie 2D. Biegalismy lewo-prawo, skakalismy i spadaliśmy, ewentualnie nurkowaliśmy. W kolejnych był wprowadzony motyw 3D, gdzie między rundami lądowaliśmy w tunelu, w którym biegliśmy przed siebie zbierając pierścienie i unikając bomb. Po kilku latach na konsole i PC wyszła gra Sonic Heroes. Tam mając do dyspozycji kilka drużyn postaci, przechodzilismy kolejne poziomy, aby na końcu dać popalić po raz kolejny szalonemu naukowcowi znanemu jako Dr Eggman (ewentualnie Dr Robotnik). Każda drużyna opierała się na dokladnie takim samym podziale ról: jedną szybka postać, jedna silna i jedna latająca. Całkiem przyjemna gra, no i w 100% 3D.

O kur…

W kolejnych latach ukazały się kolejne odsłony serii, takie jak Sonic Unleashed, w którym nasz bohater pod przemienia się pod osłoną nocy w „Jeżołaka” (absurdalne i nie pasujące w ogóle moim zdaniem), oraz Sonic Generations, w którym możemy zobaczyć dwa typy Sonica – nowoczesnego trójwymiarowego i Sonica old shoolowego w wersji 2D. Całkiem spoko.

Przy najnowszej odsłonie twórcy poszli na bogato. W Sonic Forces znajdziemy wszystkie tryby, znane z poprzednich odsłon, może oprócz przemiany w jeżozwierza (THANK YOU GOD). Mamy oczywiście Sonica, który niestety przegrywa walkę z nowym tworem złego doktora (kolejny dobry dzień dla naukowca) i zostaje uwięziony. Na ratunek rusza jakiś małolat ocalały z kataklizmu (my), oraz dwuwymiarowy Sonic, który przybył z innego wymiaru. Oczywiście towarzyszy i kibicuje cała banda znana że świata Sonica.

Jadę Ci wpierdolić.

Zaczynamy od stworzenia naszego bohatera. Możemy wybrać czy chcemy grać jeżem, psem, wilkiem, kotem, lub jeszcze czymś innym. Wybieramy mu nakrycie głowy, kombinezon, okulary, rękawice, buty i akcesoria, które zresztą później zdobywamy wygrywając kolejne misje. Postaciami gramy na przemian, raz nasza, raz jednym z Soniców, raz drużynowo. Wszystko to jest przerywane animacjami, które kierują fabułą. Wszystko to przypomina spójną całość jak pewnego rodzaju film interaktywny. Jest tylko jeden problem, bowiem ta produkcja…

… jest niewyobrażalnie krótka. Zakupiłem gierkę w czwartek. W ten sam dzień grałem dosłownie godzinę. W piątek po pracy zagrałem kolejne dwie. W sobotę po trzech kolejnych godzinach dostałem napisy końcowe.

Sześć godzin. W porównaniu do ostatniego Assassyna, który zajął mi jakies 35h nie bardzo się śpiesząc, Sonic to po prostu masakra. Przy cenach jakie płaci się w tych czasach za gry na konsole, 6h rozgrywka to nieporozumienie. Oczywiście można próbować maskować każdy poziom na S, na wszystkich poziomach trudności, no o oczywiście odkryć wszystkie ciuchy dla naszego awatara, ale nie sądzę żeby to miało sens.

Podsumowujac: fajna gra. Klimat gry nowoczesnej jak i momentami klasyków z lat 90. Fajna historia, wiatr we włosach, szybką, sprawna, momentami staje się wyzwaniem, bo niektóre poziomy są faktycznie trudne. W porządku. Ale 6h gry przy nowej produkcji, to niestety o wiele za mało. Chyba że za pół ceny…